Archiwa

Kategorie

And just when I’m about to faint, I eat a cube of cheese…

P. obecny duchem, w nocy miałam koszmary, nagle podświadomość tworzy realistyczne obrazy. Jestem w kinie, jeden z byłych siedzi dwa rzędy za mną i trochę z boku, w pewnym momencie zauważa drugiego. Po seansie podchodzi, oferuje ramię, instynktownie chowa mnie pod swoją ręką wtulając mi twarz w swój tors (tak jakby bokiem, niby paszka, a jednak nie, pachnie obłędnie), całuje w czubek głowy i pewnie wyprowadza mnie z sali cały czas  wyzywająco triumfalnie patrząc drugiemu w oczy. Uśmiecha się, jeszcze raz mnie przytula i całuje, wsiada bocznymi drzwiami do białej Nyski w której siedzi dziewczę, któremu na głos krzyczę „jesteś złym człowiekiem”. Odjeżdżąją. A potem idę do innego kina, na Smerfy w polskiej wersji językowej.

Hm….. Kochany pamiętniczku, czy było już o tym, że P. zaprosił mnie na Warmię? Czy wiecie, że przez te 15 lat w końcu można kupić bilety na PKSy przez internet? Nie chce mi się brać samochodu, poza tym jestem ciekawa jak nam się będzie wspólnie spływać. Czy bardziej w klimatach „spływaj” czy „ach, kochanie, bo mnie tu komar ugryzł, pocałuj!”.

Czy wiecie, że żeby dziecku powyżej 5 roku życia wyrobić nowy dowód osobisty, to ono musi być na miejscu? Ja już wiem. Po 40 minutach czekania w kolejce. Jutro spróbuję ponownie. Albo w piątek. Już sama nie wiem. Nienawidzę urzędów.

Poza tym co? Byłam dzisiaj znów na aerobiku na siłowni – było zastępstwo, ale całkiem niezłe, też bym chciała mieć takie mięśnie i koszulkę z Runmeggedonu. Może za kilka lat? Na razie wystarczy mi płaski brzuch, serio serio. Już rozumiem wszystkich ludzi ćwiczących crossfit, jednak jak się tak człowiek spoci to od razu buduje się więź.

Dobranoc.

Nahrej si svoju matkou*

Rys sytuacyjny: góra wyprasowanego prania na łóżku, podłoga umyta, dzieciaki dostały nowe sprzęty od mojego taty (młody hulajnogę, młoda rolki). Powinnam w nocy pracować, ale nie mam siły. Odkładałam to cały weekend i już teraz wiem, że nie dam rady się skupić.

Pokłóciłam się z mamą o „widać po nich, że cały czas śpią gdzie indziej” i passive-aggressive wywoływanie winy. Oczywiście jestem ta najgorsza i niewdzięczna, bo miałam czelność po raz kolejny zwrócić jej uwagę.

Spotkałam się dzisiaj z Leną, obgadałyśmy byłych na lewo i prawo, wyłączyła się niektórych internetów i dosyć chętnie przyjęła najnowsze plotki o Żet. Fajnie było zobaczyć silną, pewną siebie kobietę. Niestety ona schudła, ja przytyłam. Obie zasuwamy na siłowni, ale co oczywiste, mamy inne cele. Właśnie, było już o tym? Mam profesjonalny stanik, legginsy i siłownię 4 piętra nad swoim biurem, za którą nie muszę płacić. Trener jest cudowny, po pierwszych zajęciach miałam zakwasy przez 5 dni.

Poza tym co? Lecimy do Paryża. Na początku września zabieram młode do stolicy mody, niestety nie znam tam żadnej modelki, na Krysi spotkanie z żywą zrobiłoby pewnie ogromne wrażenie, ale może chociaż jest tam jakieś muzeum projektowania? Na pewno zaliczymy Disneyland, może Luwr, wieżę Eifla, Notre Dame i nie wiem co jeszcze. Na razie bilety w obie strony kosztowały nas 350pln, apartament w SAMYM CENTRUM zdecydowanie więcej (350 za noc), Disneyland pociągnie nas okolo 168pln za osobę, ale i tak będzie taniej niż z jakimkolwiek biurem podróży, a będziemy samodzielni. Jeszcze rozgryzam komunikację miejską, ale metrem powinniśmy móc dojechać wszędzie.

Oraz wyjaśniło się, że ojciec dzwoni do X’a, bo ma wpisane PIĘĆ moich numerów telefonów, z których prawidłowe okazały się tylko dwa. Chociaż w czysto psychopatyczny sposób: mieć dwa SMS’y od X a nie mieć… Lepiej jak jest więcej!

Połowę spotkania z Leną przegadałyśmy o Żet, a drugą o P. :-) No i tak to. Cudownie było ją zobaczyć.

Aaaa! Wyjazd integracyjny z pracy był bardzo fajny, oczywiście po raz kolejny nie zadziałał mój instynkt samozachowawczy i ODEZWAŁAM się w dyskusji o pensjach, co zaowocowało atakiem ze strony dyrektorki, zwrotnie chciałam jej odgryźć głowę, ale wiedziałam, że za chwilę mam prezentację i powalę ją faktami. Jak postanowiłam, takoż uczyniłam.

Oraz dieta, koniec z hurtem czas na detal, a siłowania boska. Kocham, wielbię, ubóstwiam!

A! A wczoraj byłam na wycieczce rowerowej z dziećmi, metro-centrum-pomnik Syrenki nad Wisłą – most Świętokrzyski – plaża miejska (piknik) – powrót przez most – piknik pod mostem średnicowym – metro/metro-dom. W międzyczasie z 7 razy naciągałam łańcuchy, zaklejałam plasterkami ranki i całowałam podrapane kolana. Oraz głosowo ściągałam młodego ze ścianki wspinaczkowej („Nie skacz, bo mnie zabijesz! Musisz zejść, jak po drabinie, ja Ci pomogę”). Zapobiegłam dzieciobójstwu, uspokajając się samodzielnie, aż osiągnęłam stan zen.

*Samotari

O tym, jak nie poszłam na „Idiotę” Dostojewskiego

Noc z piątku na sobotę sponsorował tępy kretyn bez homeopatycznych ilości pokory. A co krwi napsuł Jagodzie, to zupełnie inna bajka. W skrócie: ona i Żet spotkali się na weselu przy jednym stole, oboje udając, że się nie znają (bo przyszedł z panienką).

Przez pierwsze pół wieczoru siedziałam i się śmiałam, głównie z faktu, że gnida nadal żyje i raczej kiepsko. Przyszedł z dużo młodszą blondynką (wyglądał jak jej wujek), która nie umie tańczyć tanga. Nad ranem niestety dowiedziałam się, że Żet nie ma pokory i refleksji, a w rozmowie na mój temat uważa się za niewinnego i w pełni uprawnionego do sposobu w jaki mnie potraktował. Wow… Zamrugałam trzy razy i zadzwoniłam do P. od teatru, z którym mam normalne, zdrowe stosunki, opowiedziałam wszystko a on spokojnie wysłuchał.

Biedna Jagoda, że też musiała oddychać tym samym powietrzem z tym synem kurtyzany. A jeszcze, pewnie w zemście po rozmowie z nią o przyzwoitości, odpowiedzialności wobec kobiet – oznaczył sięo 5 nad ranem na pewnym portalu jako „W związku”. Oh honey, uznam, że to jest ważne dopiero jak zobaczę to na Facebooku :D No debil. Wnioski? Już mi przeszło. Jagoda się bardziej przejęła niż ja. Oraz mam shaden freude, że jednak się roztył i wygląda beznadziejnie.

A P.? Przyjechał, ukochał, wycałował i wysłuchał. Przy nim czuję się piękna i ważna. Poszliśmy ze znajomymi do lasu Kabackiego, potem byłą fantastyczna kolacja u mnie (Podano: Domowy kompot (ja), chili con carne [ja], pieczonego pstrąga [P.], flan (kupny) i wybór przekąsek hiszpańskich. Dzisiaj wylądowaliśmy na Szakszuce a poźniej na kocyku w parku. Potem jeszcze podjechaliśmy do willi na Wilanowie „O! To Ty! Ty jesteś małą Basią!” „No… cześć…” [...] „Bo wiesz, jak P. się puści to ja tu jestem, ja przygarnę!”. Strasznie fajna osoba, a w dodatku zna się na włosach. Rumiana, brodata i niestety w trakcie rozwodu (w sumie nie rozumiem, bo buddysta i piękny uśmiech, no ale może małżonka chce czegoś więcej, np. odpowiedzialnego, statecznego zdobywcy mamutów).

Potem przyjechaliśmy do mnie, bo skoro mama na Słowacji, to tata zaprosił mnie do teatru. Niestety, nie dane mi było obejrzenie spektaklu, bo go odwołali. Więc przyjechałam do domu, pomalowałam paznokcie, zarezerwowałam bilety lotnicze na transfery wakacyjne Słowacja-Polska i zaraz lecę się znów spotkać z P. idziemy do D. z Maroka na piwo. Juppi!

Maroko

Niżej będzie rozpiska, ale najpierw scenki, które utkwiły mi w głowie.

1) Poranek w Rabacie, D. wstaje wcześniej i idziemy na spacer. Czuję się jakbym miała osobistego ochroniarza, wszyscy patrzą na nią z rezerwą i szacunkiem, bo jest postawna i ma mnóstwo tatuaży. Równie dobrze mógłby obok mnie iść Pudzianowski albo Stallone.

2) Szykujemy się na wizytę w domu Ameda. Najwyraźniej u panów oznacza to rozpuszczone włosy, u pań perfumy. Na pierwszy obiad przynosimy ciastka, na drugi owoce. Wszyscy jesteśmy pełni wdzięczności za wpuszczenie nas w prywatną przestrzeń rodziny. Mama nie nawiązuje z nami kontaktu wzrokowego, ale daje obecność. Podwórko nie ma dachu, pomieszczenia nie mają drzwi. Jesteśmy w środku mediny w Fezie. Kawa postawiłaby na nogi umarłego, herbata gunpowder z miętą niemalże krystalizuje cukier. Telewizor się psuje i przychodzi młody Bóg go naprawić.

3) Nielegalny przewodnik opowiada nam o historii hippisów w Tangerze. Pobiera niewąską opłatę za opowieści o gwiazdach rocka. Najpierw wskazał nam złą drogę, a potem niby od niechcenia opowiadał. Dał nam klimat i znał się na swoim fachu, więc bez żalu mu płacimy. Najwyraźniej cedr rzeźbi się po namoczeniu a konserwuje paląc kości wielbłąda (strasznie śmierdzą).

4) Deszcz, ciemno, zimno, smród, brud i ubóstwo. Masakra, medina w Tetuan, ale kobieta idąca do piekarni ze świątecznymi ciasteczkami chętnie pozuje mi do zdjęcia. Uśmiecha się i jest taka otwarta, że gdybym mogła to zapytałabym o przepis.

5) Też Tetuan. Pytam grających w karty mężczyzn około siedemdziesiątki czy mogę im zrobić zdjęcie. Grają na kapsle, ale i tak odmawiają. Amed mówi, że to przez święto. Powinni się modlić a nie grać. Ten, kto przegrywa stawia innym kolejkę, dlatego kłótnie są częste i zażarte, odgrywanie się może trwać do nocy.

6) Wycieczka do wodospadów. Uśmiechy kobiet ubranych w hidżaby, wspinających się na górę w pełnym rynsztunku. Dużo facetów w szortach. Zieleń, dużo zieleni, jakaś małpa na drzewie, małe punkty gastronomiczne z tażinami. P. z Krakowa ubrany jakby urwał się z operacji pustynna burza ma plecak z bukłakiem z wodą, ratuje mnie w potrzebie, mimo, że woda z potoku też jest ok. Boję się, że nie dorównam facetom, jako jedyna z kobiet poszłam z nimi – skoro i tak zmokłam dzień wcześniej, to stwierdziłam, że i tak i tak będę chora, więc równie dobrze mogę zobaczyć góry Rif.

7) Poranki z D. – wstaje wcześnie, idzie biegać, potem idziemy na herbatę. Czasem milczymy, czasem gadamy. Zazdroszczę jej wegaństwa i biegania. Podziwiam jej siłę i podejście do pieniędzy (pierwszego dnia policzyła ile mamy, wyznaczyła dzienny limit i się go trzymała).

8) Koleżanka opowiadała, że jest go dużo haszyszu w Maroku. Nie wiem czego dokładnie spróbowałam u szamana w Szefszuan, ale nasza wizyta dzięki M. trwała godzinę, składała się ze śpiewów, opowieści, zakupów, gratisów i przymierzania lokalnych szat. Wpadam w oko sprzedawcy-uzdrowicielowi: „You look very nice, not too fat, not too skinny, perfect!” „You look very fresh, very clean!” „I give you present, you stay in my heart forever, I open you! I respect you,I want you to be happy!” Wypiliśmy razem herbatę, śmialiśmy się jak zwariowani. Mamy jego adres, plan jest taki, żeby wysłać mu zdjęcia. P. z Krakowa uśmiecha się do mnie i ma mnóstwo zdjęć jak przebieram się za Berberkę. Gdyby nie M., nigdy bym nie zaufała nachalnemu sprzedawcy, a tak – przeżyłam coś fajnego i poznałam lokalną aptekę. Kupiłam aktualnemu bluzę w obłędnych zieleniach a w gratisie dostałam ichnie ubranie z haftem, będzie idealne na Nordcon :-)

9) Hammam. W Fez Amed załatwił nam wizytę w lokalnej łaźni. Trzy wykafelkowane pomieszczenia jak sauna. Grube, starsze panie nalewają nam wody do wiader. Zaczynamy się myć. Przychodzą nas ‚wymasować’ specjalną, szorstką myjką. Umieram z bólu, ale nie chcę robić im przykrości, więc zaciskam zęby i spokojnie znoszę piling. Mycie włosów i rozczesywanie prawie mnie oskalpowało :-) Wspaniałe doświadczenie. Po pierwsze: prawdziwe kształty kobiet, po drugie: poczucie wspólnoty, po trzecie: w relaks i poczucie akceptacji.

10) Przemyślenia o przebaczeniu, winie i przeszłości. Żet zniknął z myśli (niech gnije w piekle), X. śnił mi się od dwóch tygodni w różnych kontekstach, dziś okazało się czemu (mój ojciec do niego zadzwonił omyłkowo {wtf, karmo???}, więc napisał SMS, że akurat wraca ze stolicy). Po powrocie do domu ogarnęła mnie bezpieczna wściekłość (przypomniało mi się jak zarządzał moimi emocjami i swoim kalendarzem) i od razu napisałam P. od teatru, że jest super i że cieszę się z naszej znajomości. Przy nim przynajmniej nie mam schiz.

11)Odwaga M. żeby umówić się na randkę z Tindera w Fezie. Próbuję okiełznać swoją mamusiowatość, nie czytać newsów o zgwałconej Polce w Egipcie. „Czekaj, to dam Ci swoją prezerwatywę niezależności z portfela. (…) O kurdę! Nie mam. Sorki.”Uspokajam się dopiero, kiedy dowiaduję się, że nasz przewodnik go zna i wiemy co robi tatuś. Zresztą facet przyszedł na spotkanie z kumplem-przyzwoitką ;-)

12) Złapali nas tajniacy w Fezie, więc była sytuacja jak ze Szwejka. Szafa prawie zszedł ze stresu, bo za nielegalne oprowadzanie można iść siedzieć.
-Kim jesteś?
-Jestem Amed, a kim Ty jesteś?
-Jestem tajną policją tursytyczną, nie można oprowadzać bez zezwolenia.
-Ale to moi przyjaciele, tylko spacerujemy.
-Musisz mieć pozwolenie.
-Naprawdę? Nie wiedziałem…
Następnego dnia D. i Amed próbują załatwić papiery, jeżdżą z kopiami naszych paszportów, ale nikt nie chce wydać oficjalnego zezwolenia ‚No, dla dwóch osób to może, ale nie dla pięciu…” Od tego momentu rozdzielamy się w medinie, ustalając punkty zbiorcze.

13) Złapano nas też na terenie bazy wojskowej w Tetuanie, ale tak naprawdę była opuszczonym pałacem kalifa czy kogoś. Na szczęście sprawę załatwiliśmy pokojowo.

14) D. która jest malownicza w wyglądzie nikt nie przeszukał na lotnisku w Stanstead. Ja musiałam przepakować kosmetyki i przejść skan całego ciała. „Please, I’m in a hurry.” „Your Star Wars hurry is not more important than airport security. Please stand in the line and wait for your turn.” (tak, miałam na sobie taką koszulkę).

Trasa wyglądała tak: Rabat (1 noc)- Tanger (2 noce) – Tetuan (przystanek) – Szefszuan 2 dni – (1 dnia wycieczka do wodospadu) – Fez 3 dni (1 dzień Meknes i Volubilis).

Kompozycja ludzka super. Wyjazd wspaniały. Cieszę się, że pojechałam.

Wróciłam, ale marokańska notka pewnie jeszcze poczeka

Spałam kilka godzin, bo Mikołaj działa na czasie moskiewskim i wstaje o 5:30, przyczołgałam się z pracy i męczy mnie kącik oka (bo umalowałam się nowymi kosmetykami i podrażniłam), odebrałam dzieci (rowerowy maj, więc hulajnoga, ochraniacze i wrotki), wyczarowałam kolację z niczego (2 ziemniaki, cukinia + jajecznica), przeprowadziłam procedurę antywszową (Paranit podstawą bytu każdej samotnej matki), naprawiłam jakiemuś chłopcu rower (młody mnie przywołał na ratunek), wsadziłam młodego do wanny w ubraniach (tzn. bez koszulki, dziwnym trafem zgubił na podwórku, ale miał pancerz z piasku) i wstawiłam pranie (bo groźba pasożytów).

Więc wicie, rozumicie. 

Soon, but not now.

Deadline, ty dziffko

PIT zrobiłam darmowym programem, nie mogłam wybrać organizacji pożytku publicznego, z góry narzucał ją program, ale ważne, ze nie przepadnie. Wygląda na to, że przysługuje mi niewąski zwrot, oraz: żenująco mało zarabiam.

Sobota: wrotki i wyjazd na ślub koleżanki z pracy, przystanek w jakiejś knajpie ludowej i dzieci w kościele. Oczywiście wszystkie grzeczne, a moje „did their best” co oznacza: czołganie się między ławkami, zabawy w szpiegów itd, ale na szczęście w ostatanich 10 minutach, więc i tak nieźle. Towarzyszyła nam Ania z pracy, która ma ogromną tolerancję, także daliśmy radę. W prezencie był dzbanek do kawy i dwie filiżanki (Ćmielów, Rococco, złoty pasek).

W niedzielę wyruszyliśmy na wyprawę do warowni wikingów Jomsburg. Generalnie jest to wioska Wikingów i Słowian – siedziba legendarnej drużyny Jomsborczyków (Jomswikingów) którzy, według skandynawskich sag, służyli naszemu Królowi Bolesławowi Chrobremu jako najemnicy. Skansen maciupeńki, ale udało nam się zaliczyć kiełbaskę z rożna i podpłomyki, rzucanie toporem i strzelanie z łuku, kuźnię, głaskanie sowy i jastrzębia oraz bitwę wikingów. Wydałam ponad 100 złotych, ale było warto. Po lekkiej próbce z fanami Sci-Fi, wiem, że wszyscy obecni byli tam z pasji a nie dla pieniędzy. Mnie podobali się wikingowie, a ja im :D Wymianę handlową uważam za udaną.

Po południu poszliśmy na „Był sobie pies” – nasi towarzysze płakali rzewnie, a moje dzieci chodziły po sali, tańczyły pod ekranem i generalnie robiły wszystko to, na co ja miałam ochotę ale mi nie wypadało. Co za sentymentalne nudy… Tysiąc razy bardziej wolałabym Piękną i Bestię.

No. Do tego wydruk wszystkich kart pokładowych, biletu na Modlin Bus, wymiana kasy, sprawdziłam też Lato w Mieście (zapisy w połowie maja). Wieczorem muszę jeszcze spakować młode, zawieźć walizkę do mamy i spakować siebie. Na szczęście nie muszę brać śpiwora.

Marocco srocco.

Miałam rano ogromne wyrzuty sumienia, że zostawiam swoje małe misie na tydzień. No i tak to. Nudy, panie, nudy.

Joł

Z serii Dialogi luźne: Miki dostarcza
-Co robi paw w punkcie widokowym?
-…
-Napawa się widokiem!

Kurtyna.

Po powrocie ze Słowacji mam PRYSZCZE na lewej stronie twarzy, zakładam też pogryzienia przez radioaktywną krzyżówkę pchły i pająka, w każdym razie nie podoba mi się to, ale rozumiem, że zmiana wody i diety mogła mieć takie skutki.

Tegoroczny wyjazd do Sturova miał zakończyć się przeprowadzką babci do Polski, ale po tym, jak ją obejrzeliśmy i już kupiliśmy bilety lotnicze z Budapesztu, okazało się, że lekarka nie pozwala na wyjazd i natychmiast kładzie seniorkę do szpitala. Co nieco skomplikowało święta i odebrało mojej mamie możliwość spokojnego oswojenia się z metodami opieki. Ja się nie liczę, bo i tak nadal wszyscy widzą we mnie małą dziewczynkę („może po Was przyjadę?” „nie dasz rady…” – luz, całą noc przecież prowadziłam Wawa-Sturovo, ale whatever).

Poza tym… co? Pierwsze święta nad Dunajem bez jakiegoś intensywnego romansowania, parę rozmów i sms’ów z kolegą od teatru, bez wielkich uniesień i spadków. Odcięłam się na pięć dni od internetu i wcale mi go nie brakowało. Dużo chodziłam z dziećmi, wieczorami zaliczaliśmy basen termalny, udało się też wcisnąć dwa wyjścia do kina (nadal świetne technicznie i nadal najlepsze w jakim do tej pory byłam).

Niestety, babci nie wypuścili, więc w poświąteczny wtorek wróciłam z dziećmi i tatą do Polski, a raczej: czołgałam się po śniegu i autostradzie (za wywrócenie ciężarówki powinna być dodatkowa kara chłosty dla kierowcy).

Po powrocie z Maroka zamierzam przejść pełne testy zdrowotne, zwłaszcza zająć się układem trawiennym, bo mimo diety i ruchu nadal nie chudnę.  Tak wiem. Endokrynolog i tarczyca też pewnie do zrobienia.

Dużo wspominałam w święta, wracały mi obrazy z przeszłości, dobre chwile i łzy rozczarowania. Coś tam w życiu przeżyłam, ale chcę więcej!

Za dużo bodźców

Dziesięcioletnia dziewczynka z porażeniem mózgowym umarła na rękach matki w Prima Aprilis. Znałam je obie, przytulałam młodszą podziwiając walkę starszej. Ta wiadomość tak mną wstrząsnęła, że nie mogę się pozbierać, więc dziś pouprawiam blog terapeutyczny.

Facet o książki o żydach napisał mi rozpaczliwą historię swojego życia, okazuje się, że właściwie cudem jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie. Lawina wydarzeń zaczyna się od lewego kredytu, kontynuuje przez Otryt i domki działkowe, wspólny związek z jakąś przemyską matką i późniejszą porażkę. Po raz pierwszy od dawna musiałam odpowiedzieć „nie potrafię Ci pomóc, rozumiem, ale nie umiem.”

Taak.

Natomiast kolega P. Kłamca okazał się być ognikiem radości. Byliśmy na tangu, w systemie „Kotek, to ja usiądę się napiję winka, a Ty potańcz”. Wspaniale się wybawiłam z siedemdziesięcioletnim panem, który później poprosił do tańca naszą koleżankę aktorkę, do której przyszedł (omdlenie, wzdech, weź mnie…) jej młodszy, wysportowany, wytatuowany i niezwykle utalentowany partner…  W każdym razie zasiałam tangowego bakcyla.

W piątek z kolei poszłam na imprezę z ludźmi z Nordconu, co było przecudowne, bo w końcu mogłam pochichotać, napić się kraftowego piwa i domowych nalewek. „Słuchajcie, to ja lecę…” „Przecież o północy ma być” „…yyy…” „A spoko, musisz jeszcze posprzątać?” „TAK!”.

W końcu dotrzymałam obietnicy spokojnego śniadania. Pojechał ze mną do mechanika, zostawiłam auto (pamiętacie Nuworysza? On mi to pomaga ogarniać, bo się tym pasjonuje i mnie lubi). Potem zaliczyliśmy Wisłę, festiwal Food-Trucków i park Skaryszewski. Pojechaliśmy do niego, odebrałam długie spodnie w dżunglę (do Maroka), po czym…

„O, dobrze, że jesteście, bo poparzyłam sobie cycki więc idziemy do Leroy’a” – poznałam N. N. jest cudowna, wspaniała, wielokulturowa i powalająco szczera. Generalnie jest taką jakby mną, ale inną. Zaczęłyśmy rozmowę spritzerem, potem centrum handlowe Arkadia i pomysł, żeby zajrzeć na Burakowską 14 (Targ nocny), tam hamburger, 2 karafki wina i seans filmowy.

KINO NIEME.

O rety. Po pierwsze: chyba nigdy nie widziałam filmów z Busterem Keatonem, ale nie on, nie nie… tylko TAPER, czyli akompaniator zrobił nam wieczór. Jak on się bawił muzyką i rytmem! Grał na żywo dodając swoje smaczki (np. „Cicha woda brzegi rwie” kiedy bohater tonął w strumieniu czy „a teraz idziemy na jednego” jak była impreza w Saloonie). Zalaliśmy go uwielbieniem i pytaniami po seansie, niemalże dając stojącą owację. „Słuchajcie, bo moja kuzynka otwiera tu niedaleko bar, alkohol będzie lał się strumieniami, to może wpadnijcie, to tu, niedaleko Teatru Komedia..”

KOJOT

Stwierdziliśmy, że ok, idziemy. Trafiliśmy do białej suteryny śmierdzącej lakierem, nic nie zapowiadało, że coś z tego będzie… Postanowiliśmy wypić po piwie i iść. WTEM! Muzycy zaczęli się ustawiać, bar wypełnij się capoeirzystami. Wybuchła brazylijska muzyka, artyści właśnie przylecieli z Paryża do kumpla, który założył rodzinę w Warszawie. Co tam się działo! Obroty, przytulanie, kręcenie dupką… Nawet jalapeño na pizzy zjadłam. Rozkręciliśmy imprezę :D

W niedzielę pożegnałam kolegę i poszłam na spacer z kumpelami, spotkałyśmy: bażanta, padalca i jaszczurkę. Tak.

PONIEDZIAŁEK

W pracy zasuw bo koleżanka zachorowała, mózg mi parował.

Wtorek – przemilczmy miłościwie.

Środa:

Godzina: 6:00 zgubiłam okulary, więc stres na dzień dobry.

Godzina 6:55 rano, telefon od młodego:-Mama, bo ja zgubiłem zeszyt do Polskiego. I książkę i ćwiczenia…

Godzina 9:16 -Baś, bo ta część to ona jest bardzo droga, co prawda możemy to wymontować, oszukać komputer i będziesz jeździć tylko do jednej stacji diagnostycznej…
-Nie chcę kombinowania. Sprawdźcie ile to kosztuje i czy opłaca się ratować samochód. Jeśli pojeździ jeszcze dwa-trzy lata, to chcę.

- Dwa wnioski plus zdjęcia legitymacyjne na dziś.

- Ekuzy na Słowację ciągle nie załatwione.

-Robiąc przelewy zorientowałam się, że w zeszłym miesiącu zapomniałam ważnej płatności, więc nadrobiłam teraz. (Aaargh, nie lubię)

Za dużo tego wszystkiego, chcę się schować pod kamień.

Na szczęście P. ma mi przysłać zdjęcie „To dawaj, tylko żadnych małych bobasków od których się popłaczę, bo ja dzisiaj mam hormony poza kontrolą” „Nie kotek. To będzie anioł w kapeluszu.” „Cudownie.”

No i tak to. Jeszcze zebrania wieczorem. Babcia „Ja nie wiem jak on może mieć tyle uwag, ja nigdy nie miałam.” „Zostaw dziecko. Widać on tak ma. Kwestia przyzwyczajenia”. Ale nie chce mi się tam dziś iść, nie lubię wysłuchiwać, że moje idealne dzieci nie pasują do norm społecznych. PFff… Anarchia! Kontestacja! Fuck the system!

Or.. Not.

Trzymajcie się. Drugi numer Przekroju świetny, skarpetki spadają. P. traktuje mnie poprawnie, raczej nigdy nie zobaczycie flamingów przed naszym wspólnym domkiem, ale chwilowo dba o mnie jak potrafi. Teatrem, sztuką i przygodami.

Chcesz się czymś podzielić?

Naaah…

Niewiele się dzieje. Czasem spotykam się z Kłamcą, byliśmy razem na Tangu (Mrożka). Zaimponował mi biletami w środku pierwszego rzędu na nazwisko dyrektora teatru.

Od wczoraj blog fizjologiczny.

Poza tym cisza i spokój.

W weekend były dziewczyny z Gdańska i Joasia Śpiewaczka.

Nudy :-)

O wycieczce Kraków- Zakopane-Kraków

Czwartek:

Wyjazd o 6 rano, Polski Bus pusty, zajmujemy grzecznie miejsce przy stoliku, ustawiam komputer, zonk, bo płyty nie chcą się odtwarzać, a przed nami 5 godzin jazdy… Na szczęście miałam kolorowanki, jedzenie, książki, legendy tatrzańskie i inne takie. Poza tym pierwszy kierowca ewidentnie lubił dzieci, cierpliwie odpowiadał na pytania o guziki, kraniki i przyciski. Gorzej z jego zmiennikiem, który od Kielc niestety miał problem z rzeczywistością i strasznie marudził.

O 11:40 wysiadamy w Krakowie i pędzimy na Hejnał, omijając skrytki bagażowe bo szkoda czasu. Tam spotkanie z Joasią Śpiewaczką, zwiedzanie kościoła Mariackiego (w którym Krysia głośno wygłosiła matce chrzestnej wyjaśnienia, że im nie wolno chodzić na religię, bo kościół zabiera kobietom prawo do decydowania o sobie). Potem przemaszerowaliśmy do pizzerii gdzie objedliśmy się włoskimi specjałami, próbowałam się zrewanżować deserem, ale najwyraźniej gofry w Krakowie są strasznie tanie :/

O 15 wsiedliśmy do Szwagropolu, który zawiózł nas do Zakopanego. Poszliśmy odebrać klucze do pensjonatu, gdzie okazało się, że w amoku „szaliczek, but, nie ten but, plecak masz, gdzie masz czapkę, chodź tutaj” – zostawiłam telefon w autobusie. Szybka akcja z kontaktem do dyspozytorki, ona do kierowcy, kierowca do mnie – grunt, że udało się znaleźć. Miałam 15 minut na szybki sprint na dworzec, dzieci zostały w pensjonacie, na szczęście akcja zakończyła się sukcesem. Jeszcze mały przystanek w Biedronce i już szliśmy do kwatery.

Pierwsze uderzenie: straszny, okropny smród stęchlizny. Na szczęście tylko na korytarzu, w pokoju było czysto i przestronnie. Coś tam zjedliśmy, zadzwoniłam do mamy, wykąpałam trolle i poszliśmy spać.

NOC: Kryśka płacząca przez sen. O drugiej w nocy wstałam i poszłam do apteki całodobowej (na szczęście była blisko) i kupiłam lekarstwa.

Piątek:

Rano oceniłam stan dzieci, stwierdziłam, że nie ma się co pchać do Morskiego Oka, pojedziemy na Kasprowy Wierch. W sumie taki był cel wycieczki, pokazać młodej prawdziwe kolejki górskie. Busikiem podjechaliśmy do Kuźnić, trochę czekania w kolejce oraz „Zaparkuj patyk, patyk na Ciebie tu poczeka” i już jechaliśmy na górę, gdzie nie było NIC widać, ale za to był śnieg. Trochę się pobawili, zjedliśmy kanapki i wypiliśmy ciepłą herbatkę, po czym nastąpił zjazd na dół. Ledwo wyszliśmy to dostałam temat pt. „boli mnie noga, już nie mogę, dlaczego nie pojechaliśmy busikiem, jestem głodna, jestem zmęczona, ja już nie chcę iść…” Nie jestem szczególnie cierpliwym człowiekiem, ale uznałam, że może trzeba ich po prostu nakarmić. Usiedliśmy w restauracji i nagle Krysia wybuchła tekstem „Ale ja nie chcę tylko zupki! Ja chcę zupkę, drugie (Z kotlecikiem) i deserek! I coś do picia!” Tłumaczenia, że porcje są duże i nic się nie zmieści nie wyszły, w efekcie wyszliśmy z pierogami na wynos J System zakopiańskim busików jest skomplikowany, więc podstępem „chodźcie, niedaleko jest super cukiernia” udało mi się ich sprowadzić niżej (chociaż coś musiało być na rzeczy, bo nawet Mikołaj wybuchł płaczem, że to bez sensu z tym chodzeniem ciągle) I już, już mieliśmy iść na busa, gdy od niechcenia spytałam „Chcecie iść do Sali odkryć?”

O rety. Tatrzański Park Narodowy ma absolutnie rewelacyjny ośrodek edukacyjny. Dzieciaki nie chciały wychodzić, a edukatorka pomogła nam w obsłudze eksponatów. To zmieniło nam energię na tyle, że reszta dnia przebiegła idealnie. Zjazd busikiem, zakupy w Biedrze, wieczór w domu z broszurkami edukacyjnymi, czytaniem i telewizją. No idealnie J

Sobota:

Przestraszona wycenami bryczek z Morskiego Oka stwierdziłam, że nie będziemy się zabijać o ideę i pójdziemy na Gubałówkę. Byliśmy bardzo wcześnie i pomyślałam, że co ja będę dzieciom żałować, wjedziemy na górę kolejką, niech mają porównanie. Na szczęście udało mi się ich namówić do zejścia J Potem spacer Krupówkami, na życzenie młodej „Kiełbaska, z chlebkiem, ogórkiem kiszonym i keczupem” w restauracji i spokojny powrót do domu. Byliśmy już o 13:30, ale musiałam wyprać rzeczy młodego z błota, bo przecież nie pokażę się w Krakowie z takim bagiennym stworkiem (po pierwsze parę razy wywalił się na zejściu a po drugie rozwalał młotkiem kamienie w błtonistym ogródku). Tym razem udało mi się rozpalić kominek (sekret leżał w zamknięciu drzwiczek do paleniska). Znów czytaliśmy i robiliśmy zadanka. O piątej zrobiłam popcorn, pizzę i włączyłam telewizor.

Niedziela:

Wczesna pobudka, wymarsz, żeby oddać klucze i żwawy spacerek na dworzec autobusowy. Jak ja się cieszyłam, że nie prowadzę! Widoczność na 5 metrów, grad i deszcz, a do tego ostre zakręty. Młode rysowały i czytały. Tym razem ogarnęłam skrytkę bagażową i na Wawel szliśmy z małym obciążeniem. Zwiedziliśmy wszystko, co się dało (okazało się, że bilety były darmowe). Krysia była bardzo rozczarowana, że „Dama z łasiczką” jest tylko namalowana, bo ona chciała ją pogłaskać – na nic się zdało tłumaczenie, że to DaVinci ;-) Potem jeszcze wizyta u Smoka Wawelskiego, który zionął ogniem i powrót na rynek, gdzie spotkaliśmy się z Kolorowooką. Ona z kolei też zabrała nas na pizzę, ale tym razem do lochów pod rynkiem. Młody zamówił lasagnę, ja rozlałam wszędzie lemoniadę i wsyłuchiwałam najnowszych historii miłosnych. Po wyjściu młoda poszła głaskać konie przy dorożkach, a woźnica wynegocjowała ze mną, że za 30 pln przewiezie nas dookoła rynku. Jaka to była frajda! Jak oni się cieszyli, jakby mogli, to by wyszli z siebie! Potem zaczęłyśmy szukać kawy, ale zrobiło się późno, więc zarządziłam odwrót na dworzec.

Na dworcu było mniej fajnie, bo Polski Bus się spóźnił i podstawił dwa autobusy, miałam też nieprzyjemną sytuację przy wsiadaniu. W końcu jednak się udało, włączyłam dzieciom bajeczki i bez większych awarii dojechaliśmy do Warszawy, gdzie czekali na nas moi rodzice.

Było super, najpierw mi się wydawało, że muszę być strasznie głupia wypuszczając się w taką trasę z dwójką małych dzieci, więc jak koleżanki mówiły „taka jesteś dzielna” to nie do końca mi się chciało wierzyć. Mam nadzieję, że coś tam zapamiętają z tej wyprawy. Poza tym podoba mi się formuła wynajmowania miejsc z kuchnią, bo to sporo ułatwia i obniża koszty. A kominek? No bajka! Coś niesamowitego, idealne na gorszą pogodę.

Wydałam więcej niż zakładałam, ale na szczęście dostałam małe kieszonkowe od taty, więc aż takich spustoszeń w budżecie nie ma. Największe koszty to była podróż (Polski bus: 128, Szwagropol: 90, nocleg: 330, w działkę ekstrawagancja wkładam Kasprowy (170) i Gubałówkę (około 50)). Wyszło mi, że poszło około 250 pln za dzień, co nie jest jakieś koszmarne, bo było nas przecież troje, a paradoksalnie: najlepsze atrakcje były za darmo.

Poza tym co? Kolega kłamca próbował przepraszać i ponownie nawiązać stosunki dyplomatyczne, ale po takiej akcji nie umiem zaufać. Pan „niezwykle zasobny” dzielnie korespondował przez mniej więcej pięć dni, potem mu przeszło (acz mam ochotę zjeść mu mózg, jego inteligencja mnie powala, rewelacyjny jest). No ale odległość, różnice światopoglądowe i takie tam…

Już planuję kolejny wypad. Tym razem Malbork i być może morze :-)