Archiwa

Kategorie

Jedziemy, jedziemy, jedziemy!!!

Zrobiłam już książeczkę z rezerwacjami i telefonami kontaktowymi na wypadek awarii.

Pożyczyłam odtwarzacz DVD z pracy, żeby móc puszczać młodym bajki. Zastanawiam się jeszcze gdzie mam rozdzielnik na słuchawki, ale to detale, detale.

Odebrałam spodnie śniegowe z Hotelu Natolin, stwierdziłam, że niektórym wcale nie jest potrzebna fioletowa kurtka sportowa bo są na Filipinach i też przygarnęłam.

Pomarudziłam wczoraj ŻetPe, że co to ma być, pięc dni of neglect, ale nadrobił w trzy sekundy i znowu lecę na tęczy.

Oraz umówiłam się do ginekologa, bo trzeba o siebie dbać. Tak. Miłej środy :-) I mam dziś wychodne. Może pójdę na Bridget Jones najnowszą?

.

Myślę, że dla moich partnerów zawsze najbardziej przerażający jest moment pt. „Pierdolę, poradzę sobie sama”.

Nikogo nie potrzebuję, na nikogo nie chcę liczyć, dam radę i bez facetów.

Puszki, śrubki, słoiki. Wielkie-mi-co.

No i dziś właśnie w coś takiego wpadłam.

To jest taka faza, w której naprawdę, facet musiałby mieć nie wiem jakie umiejętności, żeby mnie przekonać do oddania chociażby odrobiny władzy czy kontroli.

Także tego.

Umiesz liczyć, licz na siebie.

Taki bojowy nastrój mam dziś. Bardzo.

P.S. Już nieaktualne, bo zadzwonił i opowiedział mi co u niego.

ŻetPe wygrał regaty, K. dostał pracę i przyszło 500+

Z serii: Dialogi luźne: Planujemy wycieczkę do Legolandu

On: Nie wiem jak Ty jeździsz ;) na pewno nie będziemy jechać 200/h :P
Ja: Czasem nie czuję prędkości, zwłaszcza na autostradach (cisnę), ale za to na zwykłych drogach nie wyprzedzam nawet traktora :D
On: Wariatka :P Tak nie jeździmy :P Teraz zaczynasz nudne, rodzinne życie i bezpieczne :P Jeszcze możesz uciec :)
Ja: Chciałbyś.

Także ten.

Była impreza urodzinowa, moja Li_Po i Profil Marty. Całkiem udana, ale bez tańców. Grzecznie wróciłyśmy do domu o 2 nad ranem.  Sporą część wieczoru spędziłam raportując do ŻetPe, bo wiedziałam, że może mu być cieżko tam daleko, tam i że się martwi czy nie idę w tango. Nie poszłam :-)

I ten. Jedziemy do Legolandu. Bogactwo. Rozpusta. Dekadencja. Wyjazd w piątek.

Notka z dedykacją dla Marty, czyli Kojota

Po pierwsze: 13.09 blog fizjologiczny. Odnotujmy.

Dialogi luźne: Weź mnie za rękę, a później za żonę.

Rys sytuacyjny

Co tam? U nas trwa jazda na tęczy. Poznajemy się, poruszamy trudne tematy „Wiara, ale ja naprawdę jestem poturbowany. Bardzo. Nawet nie wiesz jak.” „Wiem, widzę. Biorę Cię takiego. Ja też przecież jestem poraniona.”

Codziennie wydarza się coś nowego, zaskakującego. Jesteśmy w stałym kontakcie, od SMS’ków na dzień dobry, przez krótkie meldunki w trakcie dnia aż po wieczorne „dobranoc”. Nie możemy się sobą nasycić. ”Zerżnęłaś mnie emocjonalnie, wiesz o tym?” „Jaaaaaaaa? No może troszkę…”

Najśmieszniejsze są pytania obcych ludzi. „Ile jesteście po ślubie?” „Długo się już znacie?” „Witajcie gołąbeczki, ależ wy zakochani jesteście…”

Bernard podsumował to dla Ari tak: „Oni gruchają. To jest straszne. Oni gruchają niewerbalnie. Rzygam tęczą i słodyczami.”

Dobra. To skoro już znacie klimat, to może teraz relacja?

Od wtorku do czwartku miałam jazdę bez trzymanki na międzynarodowej konferencji, ale jestem spełniona artystycznie. Stawiałam sobie wyzwania i dowoziłam realizację. Brawo ja :D

Piątek – Obcasy pod kolor włosów i czarna mini

W piątek pracowałam z domu, co oznaczało, że odsypiałam pracoholizm i czekałam na Żującego Pszczoły, bo odwoził nie jedną a dwie dziewczyny na lotnisko (ekhm! trochę jednakowoż , byłam niespokojna). Zaczęłam nawet prasować górę schowaną za kanapą, aż tu zadzwonił „Właśnie wysadziłem ostatnią, pogadamy?” „Ale przecież zaraz będziesz, a ja coś robię…” „To przestań, ja Ci wyprasuję wszystko jutro, teraz ja Cię chcę…” Skończyliśmy jak dojechał pod bramę :) 

Wieczorem poszliśmy na spacer po okolicy, pokazałam mu pobliskie fontanny i wylądowaliśmy w piwiarni. Jak mnie totalnie kręci sposób w jaki on patrzy… Wizja tunelowa na mnie. Przez lata nauczył się obcować z kobietami, teraz korzystam z jego wiedzy i daję się nosić na rękach. Komplementy, pytania, zainteresowanie, podziw, przelotny dotyk… KOSMOS.

Sobota – Some people… Seriously?

W sobotę poszliśmy na leniwy spacer nad Wisłę, ciągle gadał przez telefon, ale ja to rozumiem, ma ciężką pracę i właściwie zamiast być tam na miejscu wybrał mnie, więc oczywiste, że jakieś koszta musiały być. Założyłam nową, ciemnoturkusową sukienkę w kwiaty, ale nie radziłam sobie z paskiem, to mi zawiązał śliczny węzeł ozdobny, jak mini-makrama :-)

NIEMNIEJ. Spacerujemy. On z telefonem. W końcu leżymy sobie na Bulwarach Wiślanych i patrzymy na rzekę, słucham jego bicia serca, aż tu odzywa się Zielona z  Castle Party. Lekki szok, że czuje potrzebę pochwalenia pobytem nad morzem i tym, że już jeździła z X. motorem. Nic to, łykam haczyk. Wysyłam wspólne zdjęcie z ŻetPe i zamiast gładkiego „wypierdal suko” spokojnie ukrywam emocje i ciągnę temat. Dowiaduję się, że jest wspaniale, ale nie potrafi go rozgryźć i „czemu on jej nie całuje?”. „Bo nie zależy mu na Tobie i jest złym człowiekiem? W łóżku jest świetny, więc w tym aspekcie polecam, ale emocjonalnie masakra. Zresztą w tym tygodniu jesteś ty, w zeszłym była inna, jesteś pewna, że znasz jego plany na następny weekend?” Referuję jej dwa lata w dosyć negatywny sposób, ale słyszę, że przekaz odbija się o ścianę. Wszystko to leżąc na torsie ukochanego, który w międzyczasie mnie głaszcze i całuje w głowę. „Czekaj, ona zadzwoniła do Ciebie się pochwalić, że jest u Twojego byłego?” „Tak. Taka szczera i otwarta... Ciekawe czy chciała błogosławieństwa czy mi dowalić po prostu.” Uśmiechnął się i ukochał mnie jeszcze mocniej. Poszliśmy na Stare Miasto.

Pod kolumną Zygmunta trwał Flash Mob tangowy, więc porwał mnie w ramiona i potańczyliśmy „Wiara, z Tobą się płynie, jesteś cudowna.” Prawie dostałam udaru, więc schowaliśmy się w kawiarni na chwilę, gdzie pogadałam ze Słowaczką z Bydgoszczy i tak strasznie, ale to okropnie było od razu widać, że go kręci jak tak sobie zawijamy zgłoski :D  ”Jacy Wy jesteście śliczni razem…”

Zatańczyliśmy jeszcze ze dwie piosenki i poprosiłam o powrót do domu domu.  Po drodze zabrał mnie do Jubilera (!!!), bo mieliśmy potrzebę, zostało kupione srebro z lajt motivem globusa. „Dobrze. To ja ugotuję, a ty się przygotuj na wieczór. Sio do łazienki.” Przesunęłam więc świeczki z wanny (zostały po piątkowej nocy), wykąpałam się i zrobiłam pokaz wszystkich kiecek tangowych z odpowiednim komentarzem „ta jest taka koronkowa, obcisła w stylu ‚zerżnij mnie’, a tej ładnie płynie spódnica, w tej mam piersi takie, że tylko bez stanika, a w tej są ładne plecy…” W końcu wybraliśmy fioletową, jedwabną ze sznurkami na plecach. Pasowała do jego koszuli.

Wieczorna milonga była w ciekawej lokalizacji bo w Hotelu ZNP (Joasia Śpiewaczka, znasz to miejsce :*), ogromny parkiet, dużo miejsca. W jego ramionach znikam. Wiem, że może nie znam wszystkich kroków i nie rzucam obcasami pod sufit, ale czuję, że on się mną cieszy i nie interesuje go nic innego niż to, żeby mieć mnie blisko. Ma doskonale opanowane przyspieszenia, dostosowuje swój poziom do mnie i toleruje moje interpretacje twórcze kiedy idę zupełnie sama bez prowadzenia. Wtulam się policzkiem do niego i nie istnieję. Z dumą przedstawiałam go znajomym. „Roman, patrz, to jest ON!” Alejandro bardzo dzielnie zniósł prezentację i był serdeczny. Potem poszliśmy szukać dla mnie piwa, co poskutkowało tym, że zupełnie przypadkiem zostaliśmy gośćmi na cudzym weselu. I wiecie co? Do Madonny tańczy się z nim równie dobrze co do tanga.  Gdyby nie to, że DJ chciał ogłuszyć gości, to byśmy zostali dłużej.

Przemyciliśmy więc mojego portera na salę (o rety, jak ja się nim szybko zrobiłam na miękko, nie miałam pojęcia, że ma 12%!!!) Do tego stopnia, że na pytania „A czemu Was wczoraj nie było” odpowiadałam bez mrugnięcia okiem „Bo byliśmy zajęci w sypialni” :D Faktem jest, że rzuciłam tym tekstem do starego znajomego w trakcie picia z nim nalewki orzechowej z mlekiem, więc całkiem spoko. ŻetPe się tylko do mnie uśmiechał i patrzył z TAKĄ miłością, że sikałam po nogach z radości.

Wzięłam do ręki jakąś ulotkę innego festiwalu i mówię „patrz, jaka epicka pupa” „To moja była”. „Acha.” Po czym wydarłam kwadrat z jej zdjęciem. „Teraz lepiej?” Śmiech w oczach. „Zdecydowanie.”.

Aczkolwiek na tekst „Lubię Cię bardzo” dostał niezwykle ciętą ripostę co może sobie z tym zrobić, z tego co pamiętam w barwny, literacki opis włączyłam także czyszczenie kibli. Zniósł to bez mrugnięcia okiem, za to z jasnym komentarzem, że odebrałam sobie jakieś ogromnie romantyczne okoliczności, ale że potrzebowałam usłyszeć to, co od dawna czułam to NIECH MAM. To mam.

Szkoda, że nie mogę Wam tu wkleić rysunku Jagody [(tu jesteście, kontaktuje, lubi, poznaje) --- (jednostka czasu: NIEDŁUGO) --- (tu będzie już kochał ♥)]. Jej prognoza statystyczna sprawdziła się doskonale. Do domu grzecznie wróciliśmy o północy.

Niedziela – Parki w Kaliszu mają bardzo mało krzaków

Bernard w niedzielę jechał odwiedzić Ari w Kaliszu, więc zaproponowałam, że może jechać ze mną i ŻetPe, który kończył tam projekt. Wizytę zaczęliśmy na nie niedzielnej herbatce z mamą Ari, która z miejsca zapytała ile jesteśmy po ślubie, bo symultanicznie podłożyliśmy sobie dłonie pod brodę i przekrzywiliśmy głowy pod tym samym kątem. Strasznie to było miłe, że ludzie widzą naszą więź, mimo, że tak naprawdę nie robiliśmy nic niestandardowego. Może po prostu mamy taką aurę :-)

Potem pojechaliśmy na lody na Starówkę. Znów zadzwonił mu telefon. Widziałam, że to nie praca, bo sposób rozmowy był zupełnie inny. Mowa ciała, ton głosu, to, że odszedł od nas kilka metrów. Wrócił zasępiony. „Hej. Ja wiem. To ona, prawda?” „Tak.” „Co chciała?” „No właśnie, nie wiadomo. Opowiedzieć mi swój dzień.” „Żartujesz? Chodź.” I przytuliłam, bo co miałam zrobić?

Potem rozdzieliliśmy się z Barnardem i Ari, a sami poszliśmy sobie poleżeć na kocyku pod drzewami. Poruszyliśmy bardzo trudne tematy, postawiłam mu ultimatum do końca września, skoro chce, żebym była jego, to ja chcę, żeby był w pełni mój. On z kolei opowiedział mi czemu się martwi (bo powiedziałam, że nie ufam sobie jeśli mam sama jechać na Nordcon). Poza tym walczyliśmy z napięciem seksualnym. Gdyby nie to, że było tam pełno rodzin z dziećmi, to wzięlibyśmy się za siebie natychmiast. Usłyszałam tylko „Chodź, zabieram Cię na obiad, a potem do hotelu.” Poszliśmy na rynek, gdzie obsługiwał nas sympatyczny, ale najgorszy kelner świata. Na każde pytanie odpowiadał „nie wiem”, po czym pomylił nasze zamówienia.

Pojechaliśmy jeszcze na chwilę do niego do pracy, zrobiłam małe zakupy bo nie chcieliśmy mnie pokazywać na budowie. Wsiadam do samochodu, pytam „Ile jest ciał do ukrycia?” „Na razie jeszcze zero.” Podwinęłam więc spódnicę i pokazałam najnowsze koronki, żeby obniżyć poziom stresu :-)

Wiecie, zasadniczo nie byłam jeszcze nigdy z obcym mężczyzną w hotelu, więc trochę się krępowałam, ale z drugiej strony, tak bardzo nam się chciało… Powiem tylko tyle, że temat wprowadził niezwykle subtelnie” Właśnie wynająłem apartament, bo wiem, że lubisz krzyczeć.” Kurtyna.

Niestety, w pewnym momencie znowu rozdzwoniły się telefony. „Jedź. Odstaw mnie do Ari i Bernarda, oni się mną zajmą, a Ty jedź.” „Nie chcę.” „Jedź. Poradzę sobie, jestem duża. Przecież widzę, co się dzieje.” Zawiózł mnie do Cafe Lambert. „Wejść na kawę?” „Nie, jedź zanim się rozpłaczę.”

Mija dwadzieścia minut. „Złapię Cię jeszcze?” „Tak. Jestem tam gdzie mnie zostawiłeś.” Mija kilka minut, kontaktuję się ze swoim wewnętrznym ja i stwierdzam, że you live only once „Chcę zostać i czekać aż wrócisz nad ranem i 5.25 mam pociąg. Chcę Cię utulić jak wrócisz zmęczony z pracy… chociaż raz…”

Bernard i Ari tulili się na kanapie w knajpie, więc poszłam zapalić z Pauliną, mówię jej o swoim planie a ona „A masz coś czystego na jutro? Dam Ci koszulkę Arkhamerra jeśli chcesz. Mam czarne i czerwone” „W sumie… Poproszę”. W końcu zobaczyłam go biegnącego chodnikiem… Podniosłam spódnicę i sama pognałam jak dzika. Scena jak z filmu! „Zostań!” „Zostanę.”

I tak oto Bernard wrócił Bla bla carem sam ;-) A my pojechaliśmy jeszcze po zakupy w Tesco „Wiesz, kup co chcesz. Chcę mieć taką torebkę Wiary w samochodzie z Twoimi kosmetykami.” „Słuchaj, byłem tak zajęty pracą, że nawet nie wiem co kupiłaś do jedzenia…” „Będzie ci smakowało”.

Przyszliśmy do hotelu. Ze cztery razy biegał schodami na dół, bo coś, a potem jeszcze coś. „Słuchaj, ale ja nic nie chcę zaczynać, bo Ty zaraz znowu pójdziesz do pracy.” „Nie. Nie pójdę. Zrobiłem tam porządek. Nie odważą się dziś zadzwonić.”

Wstaliśmy o piątej rano. Kiedy siedziałam już w wagonie, to zadzwonił patrząc mi z czułością w oczy „Miałaś noc ‚wypnę się dupką muszę się wyspać’” „Ojej? Naprawdę? Przepraszam…” „Dopiero na peronie się rozluźniłaś, strasznie byłaś spięta” „A tak, ja tak mam. Denerwuję się przed odjazdami.”

Poniedziałek – Pracownik do pracy powinien przychodzić trzeźwy i wypoczęty

Do biura poszłam w jego koszulce polo, z kocykiem piknikowym zamiast komputera. NIGDY WIĘCEJ. Nienawidzę pracować na pożyczonym sprzęcie. Kiedy w końcu odzyskałam hasło do maila, okazało się, że nie ma na nim sterowników do word’a. Masakra. W międzyczasie wysłałam mu wiadomość „Będzie mnie dziś mało, muszę odpocząć” „ALE JAK TO? Jak to potrzebujesz czasu?” Myślałam, że się posikam z radości. Jezu, jak jemu strasznie i bardzo na mnie zależy, zawsze o czymś takim marzyłam, ale nigdy nie wierzyłam, że mnie jeszcze spotka. Orgazm w locie.

Jakoś dotrwałam do odbioru dzieci ze szkoły, po czym… zadzwoniła Zielona. Pochwalić się, że już ją pocałował i że teraz Gdańsk jest dla niej zupełnie inny niż kiedyś. „Słuchaj, ale czego Ty ode mnie potrzebujesz? Bo ewidentnie szukasz kontaktu.” Skończyłam rozmowę wymawiając się młodymi, po czym chwyciłam za słuchawkę i zadzwoniłam do X.a „Kotek, laska ma klapki na oczach, uważaj. Całe szczęście, że jestem szczęśliwa, bo gdybym jeszcze lizała rany po Tobie to takie telefony mogłyby spowodować skoki z mostu. Jeśli szukasz kogoś dyskretnego, to TO zdecydowanie nie jest taka osoba. Nie bardzo rozumiem czemu mi chciała zameldować o Waszym seksie i że trzymała lampę. I jeszcze ona ma dobre intencje. No kurwa, stary… Za dobra jestem w te klocki żeby nie widzieć, że chce mi pokazać wyższość i sprawić przykrość.” „Przepraszam Cię. Nie wiedziałem, rzeczywiście, kiepska sytuacja.” „Już się przyzwyczaiłam, to drugi taki przypadek w ostatnim czasie. Zaczynam obstawiać która z dup zadzwoni za tydzień…” „Przepraszam. Muszę się poukładać trochę.” „Trzymaj się.” „Dzięki, dzięki, że mnie zareklamowałaś jako „złego człowieka”" „Tak! A ona nie słyszy, nie słucha totalnie!” „Wiem. Nie słyszy nic.” „Dobra, to cześć” „Cześć.”

Ha. Po czym jeszcze wysłałam SMS’a, że już z byliśmy na weselu  z ŻetPe i „jestem szczęśliwa :))))”

No. A wieczór zakończyłam rozmowami z Żującym, który często do mnie dzwoni z samochodu. A że dużo podróżuje to zazwyczaj od razu pytam „gdzie jedziemy, co robimy?”.

Wtorek – Boli brzuszek, oj oj, pani doktor, boli tak, że płaczę

To pewnie przez ręczniki hotelowe, albo intensywne używanie organów, w każdym razie wtorek powitałam zapaleniem pęcherza. Wiecie, jak to kurewsko boli? Bardzo. Już miałam nie jechać do pracy, ale biorąc pod uwagę zaległości to zmusiłam się do wejścia do metra. I tu rzecz dziwna. Bo mam trudną miłość z dyrektorką, ale jak słyszała, że umawiam się do lekarza, to wykazała się współczuciem, podała antybiotyk którego mam sobie zażyczyć i kazała iść do domu się grzać.

A potem dostałam list z podwyżką. Nie taką „Polską w ryj, ciesz się, że cokolowiek Ci rzuciliśmy” tylko w miarę odczuwalną kwotą. Nic spektakularnego, ale zdecydowanie w widełkach „to jest fair, dziękuję.”

Po czym dostałam L4 na środę i czwartek.

Także ten.
Jestem zakochana po uszy.

O tym, że znalazłam gdzie jest haczyk, ale okazało się, że nie tam.

Chociaż! Już wydawało się, że ma poważną wadę, bo Janina Daily go nie śmieszy.  W poniedziałek zabrakło mi tematów do rozmowy, więc stwierdziłam, że mu coś przeczytam na głos, ale nie byłam w stanie, bo wybuchałam płaczem ze śmiechu co dwie sylaby. Nie widziałam wcześniej tego wpisu, więc nie podejrzewałam, że to może być niebezpieczne.

Jeśli ktoś z Was wybierał się na tegoroczną edycję konkursu na Najlepszą Żonę Wszechświata, to ja od razu uprzedzam, że nie musicie się fatygować, albowiem wygrałam w cuglach. To znaczy, że może być tak, że swoją pierwszą rocznicę ślubu spędziłam paląc skarpety do rana w lizbońskim klubie gejowskim, po to by obudzić się następnego dnia o godzinie 14, rozmyślając sobie czule o życiu i śmierci, ze szczególnym wskazaniem na to drugie, albowiem miałam kaca. Było tak, że piekło na ziemi – po głowie niósł mi się złośliwy szelest meduz z pobliskiego oceanu, towarzyszył im ryk okolicznych wróbli i jeszcze na dodatek nie do końca potrafiłam sobie przypomnieć, w którym momencie wczorajszej imprezy przejechał po mnie tramwaj, niemniej zdaje mi się, że najpewniej był to specjalny tramwaj linii „ja nie wypiję?!”.

No i ja właśnie tak – królowa gejowskiej sceny muzycznej na kacu, dogorywa na kanapie u innego mężczyzny ponad 1500 kilometrów od męża i tymczasem SMS od Wojtka, mojego najwspanialszego życiowego ptysia, który stanowi:

„Wszystkiego najlepszego z okazji pierwszej rocznicy ślubu”.

Tak. No wiecie, nie śmiał się. A nawet postawił gardę.  A nawet okazało się, że wieje arktycznym chłodem. Pomyślałam, że to może o te kluby gejowskie chodzi, więc mówię „Kotek, ale pogadajmy o zazdrości, bo wiesz, ja jadę do Madrytu w listopadzie i pewnie pójdę potańczyć, właściwie to ja już wielokrotnie byłam w takich klubach i mi się podobało bo tam bezpiecznie jest i nikt mnie nie rwał, ale jeśli to jest nie ok, to ustalmy to już teraz, nie chcę robić nic co by Cię skrzywdziło, pójdę grzecznie do hotelu i poczytam książeczkę…” „Nie wiem, nie chcę o tym rozmawiać teraz. Jestem zmęczony.” (czyli wiecie, syreny odpalone, znak „batmanie przybywaj” na niebie i ogólnie alarm, alarm) „No dobrze kotuś, to dobranoc…” I wpadłam na to, że jest haczyk. Musi być haczyk. I że być może ten haczyk to chorobliwa zazdrość, no bo jak można nie kochać Janina Daily?

Poruszyłam ten wątek wczoraj, w trakcie długiej rozmowy telefonicznej o tym, jak bardzo jesteśmy poturbowani. „Wiesz, bo ja Ci tego jeszcze nie mówiłem, ale rocznice są dla mnie ważne. Przeżyłem coś okropnego w swoją pierwszą [tu opowieść ze szczegółami, istotnie, klasyka gatunku jak wyrwać i przeżuć serce po czym wypluć na bruk, ale wam jej oszczędzę]”

„ALE JA NIE WIEDZIAŁAM!!! NA SERIO! Nie miałam pojęcia, to nie było celowe, nigdy o takich rzeczach nie rozmawialiśmy… W życiu bym Ci tego nie przeczytała gdybym wiedziała. No dobra, wcześniej nie czytałam tego wpisu, ale jakbym wiedziała to bym natychmiast przerwała…”

„Bo wiesz, nawet jak takie rzeczy wychodzą, to ja mogę Ci to wyjaśnić, a wcześniej temat jakoś nie wypłynął.”

„Jak miał wypłynąć? Kochanie, nie oświadczam Ci się jeszcze, ale generalnie to wiedz, że rocznice ślubów są dla mnie ważne bo w przeszłości wydarzyło się a-be-ce?”

„No widzisz. A wypłynął.”

„Dobra. Rozumiem. Jeszcze raz przepraszam. Nie chciałam.”

No i tak to. Gruchamy sobie. Wysyłamy sobie foteczki. Ma złożyć pozew do końca września.

Hej ho, kochana rzeczywistość. Teraz będzie parę dni na regatach. Zobaczymy jak to wytrzymam bez świrowania  i czy :-)

Wiesz, teraz miałbym do kogo wracać z morza. Jest zupełnie inaczej.

Z serii: Dialogi luźne: W związku zawsze są trzy osoby. Ty, ona i jej najlepsza przyjaciółka

Jagoda: Ciekawe, czy odpali wrotki. Tylko się zastanawiam, dlaczego tak robisz? chcesz zarzucić go wszystkim, żeby jakby co uciekł na początku?
Ja: Dokładnie tak!
Jagoda: Wiesz, on jest wytrzymały jak widać, ale zarżniesz go niebawem… Każdy ma limity.

(…)

Ja: Chcę się schować pod wielki kamień porośnięty mchem, proszę mnie wyciągnąć stamtąd jak już ochłoniesz… (a Jagoda na mnie krzyczy, że wiele wytrzymasz, ale nie wszytko i się boje się i nie czuję się pewnie, bo może znowu za dużo naraz wypaplałam i to przytłacza)
On: Wyłaź stamtąd. Nie uciekam. Jestem. 

I co? Wytrzymał. A naprawdę dałam popalić ostanio. Na wszystko reagował spokojnie. Generalnie każdą moją kolejną jazdę bierze na klatę bardzo dzielnie mówiąc „Taka jesteś. To Ty. Nie ograniczaj się, ale pamiętaj też, że to co było jest za Tobą. Masz prawo być szczęśliwa i przestań, po prostu przestań.”

Na razie jestem dziewczyną z telefonu, ale przyjeżdża do mnie już w piątek.

Wysłali mnie na wielką konferencję i będę pracować od rana do nocy. Udało się mnie przerzucić do hotelu w samym centrum, przynajmniej nie będę musiała chodzić 2km do mojej kwatery. Bardzo dobrze. Dużo ludzi w garniturach i dosyć jasna rola kobiet – większość z nich to hostessy w kusych sukienkach. Słabo.

Ok. Idę.

A nazywał się on będzie Żujący Pszczoły. ŻetPe. Ha.

 

No joł joł

Co tam u Was? Bo u mnie na liście zakupów obok prezerwatyw pojawił się kwas foliowy i magnez.

Także tego…

Poza tym w pracy jest jakieś czarowne rodeo, ćpam adrenaliną, w piątek po prelekcji dla blogerów ogrodniczych ludzie podchodzili do mnie i mówili, że jestem niesamowita i cudowna. Dziś dosprzętowuję się przed wyjazdem na poważną konferencję, nie mam mikrofonu, ale jakoś to przeżyjemy.

Po wizycie Kojota ogromne poszanowanie dla życia, zostałam fanką Pitch Perfect (zrobiłyśmy 2 części) i dała mi całe Gillmore Girls :D

Także tego. Dobrze jest.

Siedzi se tam na tych żaglach, nabiera dystansu

A ja mam gości, Kojota z chłopakiem na stanie, kino domowe w perspektywie wieczornej i w ogóle jest cudownie.

Acz wolałabym być obok niego i oddychać tym samym powietrzem co on.

Ale chce dystansu, to ma :D

Fotkę mi przysłał, właściwie dwie i jest tak cudnie romantycznie.

Właśnie dziś odezwało się dwóch facetów z przeszłości. Piercingowiec z Ohio (ten co tu był z rok? dwa temu?) i kolega filmowiec. Obojgu od razu napisałam jak jest, z ogromną dumą i radością.

„He’s just not that into you” ha ha ha. BULLSHIT. Wiem, że mu zależy. Bardzo. Ha. Nie wiem skąd wiem, ale wiem.

- Czemu ty mnie tak żegnasz, jakbym co najmniej na dwa tygodnie wyjeżdżał?

- Oj bo…

- No?

- Bo wiesz, bądź tam grzeczny w sprawach damsko-męskich.

- To jest niemożliwe, żebym był niegrzeczny. Nie wierzę, żeby ktoś mi zaimponował bardziej niż Ty.

Kurtyna.

Poznałam kogoś i jest idealny

„O co Ci chodzi? Zadzwonił powiedzieć Ci coś miłego! Utrzymuje kontakt, mówi Ci takie rzeczy. Przestań! Przestań szukać dziury w całym!” rzekła Jagoda.

Jest wszystkim tym, o czym marzyłam. Ciepły. Miły. Dobry. Ufny. Ale: Silny. Męski. Dorosły. Zdecydowany. Tańczy tango od 8 lat, wybzykany, przedsiębiorczy, żagle ma w małym palcu i nawet ma udziały w jakiejś szkole żeglarskiej, ma fajny samochód (tak, to ten etap kiedy mi to zaimponowało), świetnie się ubiera i patrzy na mnie, jakby chciał mnie pożreć całą, nie wypluwając ani jednej kosteczki.

Jest idealny.

Oczywiście mam schizy i ciągle go testuję, ale pomalutku lody topnieją i przestaję się bać. Odzywa się do mnie wielokrotnie w ciągu dnia, zapewnia o oddaniu i czeka, aż ja dam jakikolwiek sygnał, że odwzajemniam tę atencję.

Cudowny jest.

Cieszymy się. Raz. Dwa. Trzy!

P.S. A czy mówiłam już, że jest monogamistą? Ha. Modra foka, pani w czerwonym kapeluszu z piórami wygrywa w totka!

Wtem!

Wydarza się coś, co totalnie zmienia optykę.

Dialogi luźne z Li_Po:

„Ale aż, tak… tak?”
„Uhum…”
„Brzmi dobrze, a nawet obiecująco. Trzymamy kciuki”.

Oraz głupi maraton pod koniec października niech się spali ogniem piekielnym, wpisali nas na listę rezerwową. No pffff! Totalnie nie radzę sobie z odrzuceniem, a argument „nie ma miejsc” mnie nie przekonuje. Bo miejsca zawsze się znajdą, wystarczy tylko kopnąć odpowiednią osobę, która zna kogoś kto zna kogoś.  Niefajnie bardzo.