Archiwa

Kategorie

Deadline, ty dziffko

PIT zrobiłam darmowym programem, nie mogłam wybrać organizacji pożytku publicznego, z góry narzucał ją program, ale ważne, ze nie przepadnie. Wygląda na to, że przysługuje mi niewąski zwrot, oraz: żenująco mało zarabiam.

Sobota: wrotki i wyjazd na ślub koleżanki z pracy, przystanek w jakiejś knajpie ludowej i dzieci w kościele. Oczywiście wszystkie grzeczne, a moje „did their best” co oznacza: czołganie się między ławkami, zabawy w szpiegów itd, ale na szczęście w ostatanich 10 minutach, więc i tak nieźle. Towarzyszyła nam Ania z pracy, która ma ogromną tolerancję, także daliśmy radę. W prezencie był dzbanek do kawy i dwie filiżanki (Ćmielów, Rococco, złoty pasek).

W niedzielę wyruszyliśmy na wyprawę do warowni wikingów Jomsburg. Generalnie jest to wioska Wikingów i Słowian – siedziba legendarnej drużyny Jomsborczyków (Jomswikingów) którzy, według skandynawskich sag, służyli naszemu Królowi Bolesławowi Chrobremu jako najemnicy. Skansen maciupeńki, ale udało nam się zaliczyć kiełbaskę z rożna i podpłomyki, rzucanie toporem i strzelanie z łuku, kuźnię, głaskanie sowy i jastrzębia oraz bitwę wikingów. Wydałam ponad 100 złotych, ale było warto. Po lekkiej próbce z fanami Sci-Fi, wiem, że wszyscy obecni byli tam z pasji a nie dla pieniędzy. Mnie podobali się wikingowie, a ja im :D Wymianę handlową uważam za udaną.

Po południu poszliśmy na „Był sobie pies” – nasi towarzysze płakali rzewnie, a moje dzieci chodziły po sali, tańczyły pod ekranem i generalnie robiły wszystko to, na co ja miałam ochotę ale mi nie wypadało. Co za sentymentalne nudy… Tysiąc razy bardziej wolałabym Piękną i Bestię.

No. Do tego wydruk wszystkich kart pokładowych, biletu na Modlin Bus, wymiana kasy, sprawdziłam też Lato w Mieście (zapisy w połowie maja). Wieczorem muszę jeszcze spakować młode, zawieźć walizkę do mamy i spakować siebie. Na szczęście nie muszę brać śpiwora.

Marocco srocco.

Miałam rano ogromne wyrzuty sumienia, że zostawiam swoje małe misie na tydzień. No i tak to. Nudy, panie, nudy.

Joł

Z serii Dialogi luźne: Miki dostarcza
-Co robi paw w punkcie widokowym?
-…
-Napawa się widokiem!

Kurtyna.

Po powrocie ze Słowacji mam PRYSZCZE na lewej stronie twarzy, zakładam też pogryzienia przez radioaktywną krzyżówkę pchły i pająka, w każdym razie nie podoba mi się to, ale rozumiem, że zmiana wody i diety mogła mieć takie skutki.

Tegoroczny wyjazd do Sturova miał zakończyć się przeprowadzką babci do Polski, ale po tym, jak ją obejrzeliśmy i już kupiliśmy bilety lotnicze z Budapesztu, okazało się, że lekarka nie pozwala na wyjazd i natychmiast kładzie seniorkę do szpitala. Co nieco skomplikowało święta i odebrało mojej mamie możliwość spokojnego oswojenia się z metodami opieki. Ja się nie liczę, bo i tak nadal wszyscy widzą we mnie małą dziewczynkę („może po Was przyjadę?” „nie dasz rady…” – luz, całą noc przecież prowadziłam Wawa-Sturovo, ale whatever).

Poza tym… co? Pierwsze święta nad Dunajem bez jakiegoś intensywnego romansowania, parę rozmów i sms’ów z kolegą od teatru, bez wielkich uniesień i spadków. Odcięłam się na pięć dni od internetu i wcale mi go nie brakowało. Dużo chodziłam z dziećmi, wieczorami zaliczaliśmy basen termalny, udało się też wcisnąć dwa wyjścia do kina (nadal świetne technicznie i nadal najlepsze w jakim do tej pory byłam).

Niestety, babci nie wypuścili, więc w poświąteczny wtorek wróciłam z dziećmi i tatą do Polski, a raczej: czołgałam się po śniegu i autostradzie (za wywrócenie ciężarówki powinna być dodatkowa kara chłosty dla kierowcy).

Po powrocie z Maroka zamierzam przejść pełne testy zdrowotne, zwłaszcza zająć się układem trawiennym, bo mimo diety i ruchu nadal nie chudnę.  Tak wiem. Endokrynolog i tarczyca też pewnie do zrobienia.

Dużo wspominałam w święta, wracały mi obrazy z przeszłości, dobre chwile i łzy rozczarowania. Coś tam w życiu przeżyłam, ale chcę więcej!

Za dużo bodźców

Dziesięcioletnia dziewczynka z porażeniem mózgowym umarła na rękach matki w Prima Aprilis. Znałam je obie, przytulałam młodszą podziwiając walkę starszej. Ta wiadomość tak mną wstrząsnęła, że nie mogę się pozbierać, więc dziś pouprawiam blog terapeutyczny.

Facet o książki o żydach napisał mi rozpaczliwą historię swojego życia, okazuje się, że właściwie cudem jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie. Lawina wydarzeń zaczyna się od lewego kredytu, kontynuuje przez Otryt i domki działkowe, wspólny związek z jakąś przemyską matką i późniejszą porażkę. Po raz pierwszy od dawna musiałam odpowiedzieć „nie potrafię Ci pomóc, rozumiem, ale nie umiem.”

Taak.

Natomiast kolega P. Kłamca okazał się być ognikiem radości. Byliśmy na tangu, w systemie „Kotek, to ja usiądę się napiję winka, a Ty potańcz”. Wspaniale się wybawiłam z siedemdziesięcioletnim panem, który później poprosił do tańca naszą koleżankę aktorkę, do której przyszedł (omdlenie, wzdech, weź mnie…) jej młodszy, wysportowany, wytatuowany i niezwykle utalentowany partner…  W każdym razie zasiałam tangowego bakcyla.

W piątek z kolei poszłam na imprezę z ludźmi z Nordconu, co było przecudowne, bo w końcu mogłam pochichotać, napić się kraftowego piwa i domowych nalewek. „Słuchajcie, to ja lecę…” „Przecież o północy ma być” „…yyy…” „A spoko, musisz jeszcze posprzątać?” „TAK!”.

W końcu dotrzymałam obietnicy spokojnego śniadania. Pojechał ze mną do mechanika, zostawiłam auto (pamiętacie Nuworysza? On mi to pomaga ogarniać, bo się tym pasjonuje i mnie lubi). Potem zaliczyliśmy Wisłę, festiwal Food-Trucków i park Skaryszewski. Pojechaliśmy do niego, odebrałam długie spodnie w dżunglę (do Maroka), po czym…

„O, dobrze, że jesteście, bo poparzyłam sobie cycki więc idziemy do Leroy’a” – poznałam N. N. jest cudowna, wspaniała, wielokulturowa i powalająco szczera. Generalnie jest taką jakby mną, ale inną. Zaczęłyśmy rozmowę spritzerem, potem centrum handlowe Arkadia i pomysł, żeby zajrzeć na Burakowską 14 (Targ nocny), tam hamburger, 2 karafki wina i seans filmowy.

KINO NIEME.

O rety. Po pierwsze: chyba nigdy nie widziałam filmów z Busterem Keatonem, ale nie on, nie nie… tylko TAPER, czyli akompaniator zrobił nam wieczór. Jak on się bawił muzyką i rytmem! Grał na żywo dodając swoje smaczki (np. „Cicha woda brzegi rwie” kiedy bohater tonął w strumieniu czy „a teraz idziemy na jednego” jak była impreza w Saloonie). Zalaliśmy go uwielbieniem i pytaniami po seansie, niemalże dając stojącą owację. „Słuchajcie, bo moja kuzynka otwiera tu niedaleko bar, alkohol będzie lał się strumieniami, to może wpadnijcie, to tu, niedaleko Teatru Komedia..”

KOJOT

Stwierdziliśmy, że ok, idziemy. Trafiliśmy do białej suteryny śmierdzącej lakierem, nic nie zapowiadało, że coś z tego będzie… Postanowiliśmy wypić po piwie i iść. WTEM! Muzycy zaczęli się ustawiać, bar wypełnij się capoeirzystami. Wybuchła brazylijska muzyka, artyści właśnie przylecieli z Paryża do kumpla, który założył rodzinę w Warszawie. Co tam się działo! Obroty, przytulanie, kręcenie dupką… Nawet jalapeño na pizzy zjadłam. Rozkręciliśmy imprezę :D

W niedzielę pożegnałam kolegę i poszłam na spacer z kumpelami, spotkałyśmy: bażanta, padalca i jaszczurkę. Tak.

PONIEDZIAŁEK

W pracy zasuw bo koleżanka zachorowała, mózg mi parował.

Wtorek – przemilczmy miłościwie.

Środa:

Godzina: 6:00 zgubiłam okulary, więc stres na dzień dobry.

Godzina 6:55 rano, telefon od młodego:-Mama, bo ja zgubiłem zeszyt do Polskiego. I książkę i ćwiczenia…

Godzina 9:16 -Baś, bo ta część to ona jest bardzo droga, co prawda możemy to wymontować, oszukać komputer i będziesz jeździć tylko do jednej stacji diagnostycznej…
-Nie chcę kombinowania. Sprawdźcie ile to kosztuje i czy opłaca się ratować samochód. Jeśli pojeździ jeszcze dwa-trzy lata, to chcę.

- Dwa wnioski plus zdjęcia legitymacyjne na dziś.

- Ekuzy na Słowację ciągle nie załatwione.

-Robiąc przelewy zorientowałam się, że w zeszłym miesiącu zapomniałam ważnej płatności, więc nadrobiłam teraz. (Aaargh, nie lubię)

Za dużo tego wszystkiego, chcę się schować pod kamień.

Na szczęście P. ma mi przysłać zdjęcie „To dawaj, tylko żadnych małych bobasków od których się popłaczę, bo ja dzisiaj mam hormony poza kontrolą” „Nie kotek. To będzie anioł w kapeluszu.” „Cudownie.”

No i tak to. Jeszcze zebrania wieczorem. Babcia „Ja nie wiem jak on może mieć tyle uwag, ja nigdy nie miałam.” „Zostaw dziecko. Widać on tak ma. Kwestia przyzwyczajenia”. Ale nie chce mi się tam dziś iść, nie lubię wysłuchiwać, że moje idealne dzieci nie pasują do norm społecznych. PFff… Anarchia! Kontestacja! Fuck the system!

Or.. Not.

Trzymajcie się. Drugi numer Przekroju świetny, skarpetki spadają. P. traktuje mnie poprawnie, raczej nigdy nie zobaczycie flamingów przed naszym wspólnym domkiem, ale chwilowo dba o mnie jak potrafi. Teatrem, sztuką i przygodami.

Chcesz się czymś podzielić?

Naaah…

Niewiele się dzieje. Czasem spotykam się z Kłamcą, byliśmy razem na Tangu (Mrożka). Zaimponował mi biletami w środku pierwszego rzędu na nazwisko dyrektora teatru.

Od wczoraj blog fizjologiczny.

Poza tym cisza i spokój.

W weekend były dziewczyny z Gdańska i Joasia Śpiewaczka.

Nudy :-)

O wycieczce Kraków- Zakopane-Kraków

Czwartek:

Wyjazd o 6 rano, Polski Bus pusty, zajmujemy grzecznie miejsce przy stoliku, ustawiam komputer, zonk, bo płyty nie chcą się odtwarzać, a przed nami 5 godzin jazdy… Na szczęście miałam kolorowanki, jedzenie, książki, legendy tatrzańskie i inne takie. Poza tym pierwszy kierowca ewidentnie lubił dzieci, cierpliwie odpowiadał na pytania o guziki, kraniki i przyciski. Gorzej z jego zmiennikiem, który od Kielc niestety miał problem z rzeczywistością i strasznie marudził.

O 11:40 wysiadamy w Krakowie i pędzimy na Hejnał, omijając skrytki bagażowe bo szkoda czasu. Tam spotkanie z Joasią Śpiewaczką, zwiedzanie kościoła Mariackiego (w którym Krysia głośno wygłosiła matce chrzestnej wyjaśnienia, że im nie wolno chodzić na religię, bo kościół zabiera kobietom prawo do decydowania o sobie). Potem przemaszerowaliśmy do pizzerii gdzie objedliśmy się włoskimi specjałami, próbowałam się zrewanżować deserem, ale najwyraźniej gofry w Krakowie są strasznie tanie :/

O 15 wsiedliśmy do Szwagropolu, który zawiózł nas do Zakopanego. Poszliśmy odebrać klucze do pensjonatu, gdzie okazało się, że w amoku „szaliczek, but, nie ten but, plecak masz, gdzie masz czapkę, chodź tutaj” – zostawiłam telefon w autobusie. Szybka akcja z kontaktem do dyspozytorki, ona do kierowcy, kierowca do mnie – grunt, że udało się znaleźć. Miałam 15 minut na szybki sprint na dworzec, dzieci zostały w pensjonacie, na szczęście akcja zakończyła się sukcesem. Jeszcze mały przystanek w Biedronce i już szliśmy do kwatery.

Pierwsze uderzenie: straszny, okropny smród stęchlizny. Na szczęście tylko na korytarzu, w pokoju było czysto i przestronnie. Coś tam zjedliśmy, zadzwoniłam do mamy, wykąpałam trolle i poszliśmy spać.

NOC: Kryśka płacząca przez sen. O drugiej w nocy wstałam i poszłam do apteki całodobowej (na szczęście była blisko) i kupiłam lekarstwa.

Piątek:

Rano oceniłam stan dzieci, stwierdziłam, że nie ma się co pchać do Morskiego Oka, pojedziemy na Kasprowy Wierch. W sumie taki był cel wycieczki, pokazać młodej prawdziwe kolejki górskie. Busikiem podjechaliśmy do Kuźnić, trochę czekania w kolejce oraz „Zaparkuj patyk, patyk na Ciebie tu poczeka” i już jechaliśmy na górę, gdzie nie było NIC widać, ale za to był śnieg. Trochę się pobawili, zjedliśmy kanapki i wypiliśmy ciepłą herbatkę, po czym nastąpił zjazd na dół. Ledwo wyszliśmy to dostałam temat pt. „boli mnie noga, już nie mogę, dlaczego nie pojechaliśmy busikiem, jestem głodna, jestem zmęczona, ja już nie chcę iść…” Nie jestem szczególnie cierpliwym człowiekiem, ale uznałam, że może trzeba ich po prostu nakarmić. Usiedliśmy w restauracji i nagle Krysia wybuchła tekstem „Ale ja nie chcę tylko zupki! Ja chcę zupkę, drugie (Z kotlecikiem) i deserek! I coś do picia!” Tłumaczenia, że porcje są duże i nic się nie zmieści nie wyszły, w efekcie wyszliśmy z pierogami na wynos J System zakopiańskim busików jest skomplikowany, więc podstępem „chodźcie, niedaleko jest super cukiernia” udało mi się ich sprowadzić niżej (chociaż coś musiało być na rzeczy, bo nawet Mikołaj wybuchł płaczem, że to bez sensu z tym chodzeniem ciągle) I już, już mieliśmy iść na busa, gdy od niechcenia spytałam „Chcecie iść do Sali odkryć?”

O rety. Tatrzański Park Narodowy ma absolutnie rewelacyjny ośrodek edukacyjny. Dzieciaki nie chciały wychodzić, a edukatorka pomogła nam w obsłudze eksponatów. To zmieniło nam energię na tyle, że reszta dnia przebiegła idealnie. Zjazd busikiem, zakupy w Biedrze, wieczór w domu z broszurkami edukacyjnymi, czytaniem i telewizją. No idealnie J

Sobota:

Przestraszona wycenami bryczek z Morskiego Oka stwierdziłam, że nie będziemy się zabijać o ideę i pójdziemy na Gubałówkę. Byliśmy bardzo wcześnie i pomyślałam, że co ja będę dzieciom żałować, wjedziemy na górę kolejką, niech mają porównanie. Na szczęście udało mi się ich namówić do zejścia J Potem spacer Krupówkami, na życzenie młodej „Kiełbaska, z chlebkiem, ogórkiem kiszonym i keczupem” w restauracji i spokojny powrót do domu. Byliśmy już o 13:30, ale musiałam wyprać rzeczy młodego z błota, bo przecież nie pokażę się w Krakowie z takim bagiennym stworkiem (po pierwsze parę razy wywalił się na zejściu a po drugie rozwalał młotkiem kamienie w błtonistym ogródku). Tym razem udało mi się rozpalić kominek (sekret leżał w zamknięciu drzwiczek do paleniska). Znów czytaliśmy i robiliśmy zadanka. O piątej zrobiłam popcorn, pizzę i włączyłam telewizor.

Niedziela:

Wczesna pobudka, wymarsz, żeby oddać klucze i żwawy spacerek na dworzec autobusowy. Jak ja się cieszyłam, że nie prowadzę! Widoczność na 5 metrów, grad i deszcz, a do tego ostre zakręty. Młode rysowały i czytały. Tym razem ogarnęłam skrytkę bagażową i na Wawel szliśmy z małym obciążeniem. Zwiedziliśmy wszystko, co się dało (okazało się, że bilety były darmowe). Krysia była bardzo rozczarowana, że „Dama z łasiczką” jest tylko namalowana, bo ona chciała ją pogłaskać – na nic się zdało tłumaczenie, że to DaVinci ;-) Potem jeszcze wizyta u Smoka Wawelskiego, który zionął ogniem i powrót na rynek, gdzie spotkaliśmy się z Kolorowooką. Ona z kolei też zabrała nas na pizzę, ale tym razem do lochów pod rynkiem. Młody zamówił lasagnę, ja rozlałam wszędzie lemoniadę i wsyłuchiwałam najnowszych historii miłosnych. Po wyjściu młoda poszła głaskać konie przy dorożkach, a woźnica wynegocjowała ze mną, że za 30 pln przewiezie nas dookoła rynku. Jaka to była frajda! Jak oni się cieszyli, jakby mogli, to by wyszli z siebie! Potem zaczęłyśmy szukać kawy, ale zrobiło się późno, więc zarządziłam odwrót na dworzec.

Na dworcu było mniej fajnie, bo Polski Bus się spóźnił i podstawił dwa autobusy, miałam też nieprzyjemną sytuację przy wsiadaniu. W końcu jednak się udało, włączyłam dzieciom bajeczki i bez większych awarii dojechaliśmy do Warszawy, gdzie czekali na nas moi rodzice.

Było super, najpierw mi się wydawało, że muszę być strasznie głupia wypuszczając się w taką trasę z dwójką małych dzieci, więc jak koleżanki mówiły „taka jesteś dzielna” to nie do końca mi się chciało wierzyć. Mam nadzieję, że coś tam zapamiętają z tej wyprawy. Poza tym podoba mi się formuła wynajmowania miejsc z kuchnią, bo to sporo ułatwia i obniża koszty. A kominek? No bajka! Coś niesamowitego, idealne na gorszą pogodę.

Wydałam więcej niż zakładałam, ale na szczęście dostałam małe kieszonkowe od taty, więc aż takich spustoszeń w budżecie nie ma. Największe koszty to była podróż (Polski bus: 128, Szwagropol: 90, nocleg: 330, w działkę ekstrawagancja wkładam Kasprowy (170) i Gubałówkę (około 50)). Wyszło mi, że poszło około 250 pln za dzień, co nie jest jakieś koszmarne, bo było nas przecież troje, a paradoksalnie: najlepsze atrakcje były za darmo.

Poza tym co? Kolega kłamca próbował przepraszać i ponownie nawiązać stosunki dyplomatyczne, ale po takiej akcji nie umiem zaufać. Pan „niezwykle zasobny” dzielnie korespondował przez mniej więcej pięć dni, potem mu przeszło (acz mam ochotę zjeść mu mózg, jego inteligencja mnie powala, rewelacyjny jest). No ale odległość, różnice światopoglądowe i takie tam…

Już planuję kolejny wypad. Tym razem Malbork i być może morze :-)

Co tam? Jak tam?

-Rety, mam wrażenie, że jestem debilem bo nie wiem czy to Tuwim czy Brzechwa.
-Moja droga, to jest Gałczyński.
-A rzeczywiście! A było już o tym, że czytam Pratchetta nie Tołstoja?

Sobotnia, udana randka okazała się być kłamczuchem, więc skreśliłam. A szkoda, bo pięknie recytował wiersze po północy i ogólnie rokował. Wczoraj się spóźnił na spotkanie, po czym poproszony o wyjaśnienia przyznał się do konfabulacji w kwestii statusu matrymonialnego. Natomiast sposób, w który to zrobił był straszny. Podłożył się po całej linii. „Nie jesteś gotowa?” „Czyżby? to ja tu skręcam” „Nie jesteś gotowa” „No raczej nie jestem. Dajesz” „Bo ja się dopiero dziś rozwiodłem.” „O, gratuluję sukcesu.” A w środku miałam „JA nie jestem gotowa? To TY jesteś niegotowy ty niedorozwinięty dupku, po cholerę kłamałeś???” Na szczęście zachowałam kamienną twarz, natychmiastowo zamknęłam duszę i serce. Dałam sobie dziesięć minut na zastanowienie i telefon do przyjaciółki, po czym pożegnałam kolegę, życzyłam czarownego życia beze mnie i obróciłam się na pięcie. Sporo rozmawialiśmy, więc znał moją historię i obawy, dokładnie wiedział czego oczekuję.  Najbardziej mnie wkurzyło, że znał moje granice, bo komunikowałam je jasno i klarownie, niemalże dużymi literami od samego początku, a świadomie i celowo je naruszył. Mógł  powiedzieć prawdę, ale wybrał inne rozwiązanie. Wkurzenie trwało około trzydziestu minut, a potem odpisałam na sms’ od milionera i poszłam na Zumbę.

No szkoda.

Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Uśmiechasz się tylko i kwitujesz „Better luck next time”. Przecież nie będę budować czegoś z kimś, kto mnie oszukał zanim cokolwiek się zaczęło.

Spotkałam się też z prawniczką w sprawie K.

Jutro zabieram młode do Zakopanego, dzwoniłam już do TOPR z prośbą o poradę, mam zrobiony plan podróży i cieszę się na góry.

Zmiana obyczajów

Wolny weekend poświęciłam na spacer w Łazienkach, wymianę butów Kryśki w Galerii Mokotów i dalsze spacerowanie po Lesie Kabackim. W sobotę poszłam na bardzo udaną randkę z człowiekiem, który postanowił mniej pracować i więcej żyć. Wszystko było bardzo filmowe, od bukietu na przywitanie po tańczenie w zamkniętej restauracji. Przemiła osoba i fajne doświadczenie życiowe.

Nagle znowu poczułam się chuda, piękna i atrakcyjna. Chociaż możemy też założyć, że ujął go mój intelekt. Poza tym podobają mu się moje krągłości. Umówiliśmy się, że ja mu pokażę tango, a on trochę oswoi mnie ze światem teatru. Bardzo było swobodnie i sympatycznie. Dużo śmiechu i anegdot, mamy wiele wspólnego a tatusiowie na pewno się znają ;-)

A w niedzielę leżałam i pachniałam. Postanowiłam nie robić NIC. Dopiero szybka kontrola lodówki sprawiła, że jednak pognałam po chleb na poranne kanapki.

Poza tym co?

Zabieram dzieci do Zakopanego na kilka dni. Było już o tym? Są bardzo przejęci, młoda od rana szukała góralskiej spódniczki (nie ma! Zniknęła) Ja z kolei boję się złej pogody i tego, żebym wytrzymała kondycyjnie. Poza tym też jestem podekscytowana.  Taki wyjazd może nam fajnie zrobić.

Kryśka radośnie weszła do szkolnej szatni. Podskakując. Tyłem.

Hej.

Dzieci powrócone z ferii, blog fizjologiczny od 27.02, migrena też.

Spotkałam się dzisiaj z kimś bardzo, ale to bardzo zamożnym. Nawet nie proponowałam, że zapłacę za śniadanie. Najdziwniejsze jest to, że to już jest taki poziom, że bardzo ciężko byłoby mi dorównać, mogłabym co najwyżej zostać utrzymanką, a to się nie wydarzy, umówmy się. Tu apartament, tam apartament, firmy, podróże, kalendarze. Czwórka dzieci (ale tylko dwie matki, poprawia średnią). Umiem sobie wyobrazić, że może być strasznie samotny. Niby oczy miał wesołe, a jednak smutne. Trochę nie potrafił zrozumieć, że jeśli daje mi znać na dwie godziny wcześniej, że będzie w Warszawie to spotyka się z głośnym rechotem. Wyjaśniłam wielce szanownemu panu prezesowi, że jak chce mojego czasu to najlepiej anonsować się dwu-trzydniowym wyprzedzeniem, bo jestem very busy and important. Wątpię, żeby z tego coś było, ale zobaczymy. Nie skreślam, a lubię jeść więc na kolację i do teatru chętnie się wybiorę :-)

Poza tym co? Zostały mi trzy strony tłumaczenia, jakoś nie mogę się zmusić, bo migrena. Etgar Keret zgodził się udostępnić opowiadanie do książki, mam powiedzieć które mi się podoba, ale znów: problem z motywacją.

Wczoraj wysprzątałam z dziećmi ich pokoje, przychodziła mama bo ja miałam lekcję zumby. Zumba jest super, może uda mi się lepiej zarządzić wagą.

Idę szukać tabletki przeciwbólowej. A co u Was?

 

Notka o niczym, a jednak o tym, że trochę, tak tyci tyci, mi się jednak chce

Kochany pamiętniczku,

Siedzę przy kuchennym stole, a głowę mam posmarowaną olejem kokosowym i odżywką. To wszystko jest zawinięte w folię i modlimy się o cud.

Jednocześnie wracam do robienia listy rzeczy do zrobienia, bo nie wyrabiam na zakrętach. Oszczędziłam Wam historii o tym, jak zablokowałam sobie przelewy internetowe i złamałam kartę do transportu miejskiego (żeby wyrobić nową potrzebuję zaświadczenia o płaceniu podatków w Warszawie), jednakowoż, wyszłam z założenia, że skoro za jazdę bez biletu, który jednak jest, płaci się tylko 21 pln, to jest to całkiem opłacalne. Wciąż mam niedowład lewej ręki, co w połączeniu z kostką sprawia, że czuję się jak inwalida.

Piorę właśnie ukochaną kurtkę zimową, chyba już czas schować puchowe wyposażenie. Ubolewam nad utratą wygody (i ciepełka w nerki!), a jednocześnie zmusi mnie to do powrotu do jakiegoś stylu,  za bardzo weszłam w klimat „kucyk, dżinsy i traperki”.

Nadal nie ruszyłam krzeseł i nie okleiłam szafek kuchennych. Witrynka ma wyjechać jakoś w tym tygodniu (trochę mnie irytuje, że tyle to trwa, ale jej nowa właścicielka dużo podróżuje po świecie).

No i co? Korzystając z połowy dnia pracy z domu (zapomniałam, że mam ważne spotkanie o godz. 14:00) usmażę sobie naleśniki z białym serem, chodzą za mną od paru dni. Zresztą wsiąkam włosy, więc nie straszny mi zapach oleju, i tak muszę się wykąpać i umalować przed wyjściem.

Na poprawę nastroju wpływ ma nowa rutyna. Ponieważ nie radzę sobie z prasowaniem, to zaczęłam to robić rano, tak około szóstej trzydzieści jak młody je śniadanie. Bardzo pomagają bezproblemowe poranki.

Także człapiemy, człapu człap. W wolnych chwilach tłumacząc historię Żydów.

Znikam i robię się przezroczysta

„Czyli jak nie ma emocji, to Pani nie istnieje?” „Trochę tak.”

Zaczęłam żyć wspomnieniami, mam poczucie, że nic już na mnie nie czeka. W walentynki spotkałam się z gościem, który wydawał się wesoły i miły, potem okazało się, że ma trójkę dzieci z różnymi kobietami (jedno na dziesięć lat, więc niby nie tak źle…), ale coś mi w nim nie grało, więc nie podtrzymuję tej znajomości.

Krzesła przyjechały w idealnym momencie, są stare i zniszczone przez korniki, ale je uwielbiam. Głowy lwów rządzą. Trochę się martwię, czy to nie wpłynie negatywnie na drewno w domu, ale chyba to co miał je zeżreć zrobiło to już co najmniej sto lat temu. Nie bawię się w szlifowanie i odnawianie. Po prostu odkręciłam siedziska od poprzednich i położyłam na „Henryki”. Sizal mają w dobrym stanie, ale zawsze to milej jak jest miękko w cztery litery.

Pies oddany właścicielom, właśnie skończyłam myć podłogę po raz drugi. Był super. Grzeczny, oddany i bardzo, ale to bardzo do mnie przywiązany. Całą noc potrafił leżeć pod drzwiami i pilnować. Na szczęście go nie pokochałam, więc bez problemu mogłam oddać. O ile Krysia po prostu przyjęła, że „pies jest”, o tyle Mikołaj znalazł w nim kompana do biegania i taplania się w kałużach. Wieczorem się super bawili, całe szczęście, że właściciele przyszli jak młody się kąpał. „Karma mi się skończyła, wczoraj dostał gotowanego kurczaka bez skóry i kości.” „Naprawdę? Nam starcza na dziesięć dni.”

Młody z ferii wrócił w dziurawych butach, na tyle, że wczoraj po spacerze po prostu wsadziłam je do pralki i wysuszyłam. „Kotek, tu masz przetartą podeszwę. Kupię Ci coś dzisiaj, ale na razie nie wchodź w kałuże.” Nie mogłam się skupić w pracy, dopóki nie poszłam i nie kupiłam mu przejściowych. Miałam ze sobą odrys jego stopy, mam nadzieję, że będą dobre.

Poza tym, co?

Tłumaczę książkę fotografa światowej klasy. Zgodziłam się nie widząc tekstu, to teraz mam. Dziesięć stron A4 historii Żydów na świecie i w Polsce. Makabrycznie trudny tekst, ale przynajmniej mózg mi trochę pracuje. Robię to za darmo, bo uwielbiam tego faceta. Jest starszy, ale jak on patrzy, jak on milczy, jakie on foty robi! Zrobił mi całą serię na Otrycie rok temu. Nie jestem w nich klasycznie piękna, ale jestem człowiekiem z charakterem i przeżyciami. Cudo. Szkoda, że jest DUŻO starszy, bo brałabym :-)

W sypialni mam wulkan czystego prania, nie mam natomiast greckiej bogini która by to wszystko magicznie wyprasowała.

Walczę też z postrzeganiem siebie. Niby wagowo się nie zmieniłam, niby jem regularnie, a nie mogę znieść swojego ciała. Wiem, że się zmienia i to normalne, ale go nienawidzę ostatnio. Zastanawiam się nad odstawieniem antykoncepcji, w sumie skoro od odejścia Żet z nikim się nawet nie całowałam, to może nie warto dalej pompować się chemią? Nie golę nóg, nie maluję paznokci… Walczę z atakiem łupieżu, mam wrażenie, że basen solankowy mnie załatwił na amen.

Kupiłam dzisiaj dwa wygodne staniki, koleżanka (Ta co myślę nad ksywką – właściwie to już nie, bo zgodziła się na „Wilkołak”) poleciła mi outlet z bielizną, gdzie rzeczy są powieszone ROZMIARAMI. Na razie mam 70 F, ale sytuacja jest dynamiczna, c’nie. Gorąco polecam Wam Tijelo w podziemiach Dworca Centralnego.

Co jakiś czas mam echa przeszłości. Dostałam kiełbasę ze Sturova – zasadniczo nie lubię, ale akurat Pitvaroską uwielbiam. Zrobiłam sobie wspaniałą jajecznicę i od razu pomyślałam „O! Żet lubił jajka, teraz w sumie mam już dwa serduszka silikonowe do sadzonych, spodobałoby mu się.” A potem przypomniało mi się, co nam zrobił i pomyślałam, jaka straszna szkoda, że nikt go nie nauczył lepiej, nikt mu nie pokazał. Owszem, ojciec mu opowiadał o dziadku, który porzucił rodzinę i nigdy się do nich nie odezwał. Szkoda, że wziął przykład nie z tej generacji co trzeba.

Fajny fragment wywiadu z Ophrą Winfrey widziałam na temat drugiej szansy.

I tak sobie myślę.

Ile szans już miałam. Ile zmarnowałam? Czy coś jeszcze do mnie przyjdzie?

Czuję się, jakbym emocjonalnie poszła już na emeryturę. Nic mnie nie czeka, eks mąż zrujnował mi życie, kolejne związki okazują się makabrą.

Miałam zaproszenie na dwie imprezy w weekend. Jedna spokojna, planszówkowa, druga dużo bardziej rozrywkowa, pijaństwo i tańce do rana. Nie poszłam nigdzie. Wolałam zostać w domu z młodą i było mi z tym dobrze.

A w niedzielę, jako dorosła osoba, która może robić CO CHCE oglądałam seriale. Także tego.

„Wiesz fajnie, bo nie muszę się przejmować ludźmi,” opowiadałam Toudiemu, „Szkoda tylko, że to ma dwie strony. Nikt nie interesuje się mną.”