Archiwa

Kategorie

Mam cos z deklem

Jestem super, mega spokojna. Zastanawiam się czy czwartkowe rodeo to ni był jakiś ogromny PMS, teraz na wszystko patrzę zupełnie inaczej.

Tęsknię za P. i mam wyrzuty sumienia, że go skrzywdziłam. Może ‚miło’ znaczyło coś więcej a ja nie dałam mu szansy? Nie wiem. Tęsknię i myślę o nim ciepło, chociaż nic mnie tak nie wkurza jak introwertyzm. Z ostatnich wieści: wszedł w skorupę i znów wjechał w depresję. Brawo ja, cholera jasna psiakrew. Chcialabym miec taki pstryczek ‚Hej, laska’ Odwala Ci, stopój!’ Teraz mi głupio bo czuję się narzędziem w intrydze uknutej przez jego dawnego przyjaciela, ale mądry Polak po szkodzie. Sama nieb jestem idealna a wymagam tego od innych. Bez sensu.

Spotkałam się z milionerem, ma najseksowniejszy mózg we wszechświecie, ale niestety zerowe morale. Mile spędziłam wieczór, po czym dałam się odwieźć hotelu (urzekły mnie foteliki dziecięce z tyłu). Nic z tego nie będzie, ale doceniam, że poświęcił mi czas.

Cały dzień cięzko pracowałam, właśnie wróciłam z Sopotu. Wysłałam mu smsa na dobranoc, bo czemu nie. Stracić, nie stracę bo nic nie mam.

Jestem w Sopocie :-)

Pięknie tu. Niespodziewanie dostałam dwie godziny wolnego, co w sumie było torturą, bo bycie samemu ze sobą jest trudne, zwłaszcza jak człowiek nie chce myśleć. Trochę podzwoniłam, trochę popisałam ze znajomymi i położyłam się na godzinę na piasku. Powygrzewałam, ułożyłam myśli.  Dziwne, bo teraz jak o tym pomyślę, to nie zarejestrowałam szumu fal.

Przypomniały mi się dobre czasy w Trójmieście. Wydarzył się Blog Fizjologiczny i spłynął na mnie spokój.

Pomyślałam też, że w sumie po dwóch latach jeżdżenia nad morze nie mam za bardzo potrzeby spotykania się z kimkolwiek z ekipy X’a. Z nikim nie stworzyłam na tyle silnej więzi, poza dziewczyną która była u mnie w styczniu, a ona leży niestety w szpitalu i nie może się spotkać.

No i tak to.

P.S. Głupie. Wydawało mi się, że P. się skończył i mój serial też. A teraz dostałam kolejny sezon o którym nie wiedziałam. Małe, a cieszy.

Ciężko

Mam ogromne wyrzuty sumienia, za tak sztywne i radykalne zasady. Powtarzam sobie, że to nie prowadziło do domku, psa i dwóch plastikowych flamingów, a z drugiej strony chyba już mogę porzucić marzenie o stałym, stabilnym związku. Głęboko wątpię, żeby udało mi się znaleźć kogoś, kto będzie wobec mnie w porządku na wszystkich polach.

Znajomi mi wczoraj zryli psyche, najpierw mówiąc, że tak, zdradzał mnie, potem, że jednak nie, a potem, że tak, że nawet dwie dziewczyny znają. Mam jajecznicę zamiast mózgu, oczywiście, chcę wierzyć, że był wobec mnie w porządku, raczej tak czuję i chyba wybieram tą opcję. Inaczej się zamęczę.

Chciałabym uwolnić od tego wszystkiego myśli. Za 20 minut powinnam wyjść z domu, nie jestem jeszcze nawet spakowana do Sopotu. Umówiłam się na spacer z milionerem, ale pewnie z pociągu odwołam. Mam wrażenie, że mimo, że nie jestem z P. to to nadal byłoby nie w porządku. Dwóch mężczyzn wysłało mi wczoraj niecne propozycje w wiadomościach prywatnych, jako konsekwencja publikacji mojego zdjęcia z Toudim. Faktycznie, wyglądam na nim bardzo dobrze, ale co z tego. Doceniam podziw, ale dziękuję, nie dziękuję.

Rozmyślam też nad słowami „jesteś niebezpieczna”. Tak. Jestem. Zbyt szybko kojarzę fakty, zbyt grupowo przeżywam, zbyt wiele czuję na poziomach, których nie da się prosto opisać. Stąd złość drugiej strony, że jak to tak. Pamiętam jak Żet oskarżył mnie o bycie despotką i hackerką, a ja po prostu czułam. Potem i tak wszystko okazało się (niestety!) prawdą.

Męczy mnie głównie porażka, że za każdym razem jak łapię wiatr w żagle, zaczynam chcieć, żebyśmy żyli długo i szczęśliwie to dzieją się niestworzone historie, czasem wystarczy zmieniony oddech, inne spojrzenie i ja już wiem. Nie wiem skąd wiem, ale wiem. A przecież nigdy nie kryję się ze swoim systemem wartości.

Muszę znów wejść w tryb w którym nie mam komu wysłać „dzień dobry”, komu opowiedzieć swojego dnia. Chyba to jest najtrudniejsze, ten brak przynależności od którego znowu odwykłam. Wolność srolność.

Joł joł

Kraków w porządku, odwykłam od pociągów, znów zdziwienie, że spóźniony, bez Warsa i z ludźmi stojącymi w korytarzu. Niby jechałam pierwszą klasą, ale warunki były raczej kiepskie. A już wózek z przekąskami przepychający się między podróżnymi i walizkami w korytarzu to jakiś absurd.

Na dworcu czekała na mnie Kolorowooka, pojechałyśmy na starówkę, tam miałam chwilę na wymianę newsów z Li_Po przejętą pokazem. Zostawiłam też jednej z byłych P. namiary, teraz w sumie nie wiem po co, ale w piątek wieczorem miałam bardzo jasną wizję. Film dobry, nawet lepszy niż we wcześniejszych montażach, bardzo emocjonalny. Dosyć szybko zmyłyśmy się do domu, nie miałam ochoty na imprezowanie, wolałam z Do. wyprowadzić jej psy i posłuchać o najnowszym zauroczeniu. Rano jej mama zrobiła mnie śniadanie i pytała, czy spotyka mnie ostracyzm wśród pełnych rodzin. Odpowiedziałam, że nie, że częściej się spotykam z zazdrością, że przecież powinnam się umartwiać, a nie żyć pełnią życia, skoro jestem matką.   Wsiadłam w pociąg i prosto z dworca pojechaliśmy do Pruszkowa, najpierw na lody, potem na plac zabaw aż w końcu na kinderparty do mojego brata.

No i tam mnie wzięło. Tęsknota za P., ukłucie w brzuchu, że już go nie ma, dramatyczne wręcz przekonanie, że może jemu nie zależało na mnie aż tak… Do łóżka poszłam po połowie piwa, bo jakoś nie potrafiłam sam z siebie zasnąć.

Rano ubraliśmy się w stroje (Kryśka: Elsa, Ja: Emo sremo anioł na czarnej kiecce, Miki: Miki w czapce supermana) i pojechaliśmy na Comic-Con, bo Toudi obiecał nam darmowe bilety. Jechała z nami fajna Julka, już nie pamiętam jaki dałam jej pseudonim wcześniej. Miała iść do strefy post-apo, więc obejrzeliśmy Lego, poszwędaliśmy się (OCZYWIŚCIE, że spotkałam projektanta z poprzedniej niedzieli „Cześć. Już nie jestem z P. więc jakbyście znali kogoś fajnego to dajcie znać”), po czym poszliśmy odwiedzić Julie. JAKIEŻ BYŁO moje zdziwienie, jak zobaczyłam P. wychodzącego z hali. Prawie zemdlałam. Litościwie skręcił w boczną uliczkę, ale potem pojawił się znów. Rozmawiałam z nim, próbował coś wyjaśniać ale w oczach miał nadal wściekłość. Nie czułość w typie „aj, waj, maleńka, buzi ciumka daj, głupi ja głupi” tylko zaciętość „nie chciałaś mnie, nienawidzę Cię, teraz wszyscy wiedzą, że mnie rzuciłaś i nie wart jestem, ty suko okropna”.  Coś tam mu powiedziałam co mi leżało na sercu (dzięki Bogu za miniówę, czarną kolię i świeżo pofarbowane włosy), ale nie widziałam w nim smutku, że mnie stracił. To chyba było najgorsze. Jego oczy nic nie wyrażały, tylko focha za to, że mu podziękowałam. Żadnego „przykro mi, przepraszam, tęsknię.” Nic z tych rzeczy. Udało mi się od tego uwolnić zanim zemdlałam z emocji i poszłam z dziećmi na główną halę. Krysia rysowała, Mikołaj grał w minecrafta, a ja rozmawiałam z Toudim. Proponował, że jak mnie denerwuje to ochroniarze go mogą wyprowadzić, ale powiedziałam „Zostaw. ja mam złamane serce, a nie wyczyszczony sejf”.  Potem jeszcze na chwilę wróciłam zjeść na dworu sałatkę z Julką i ją pożegnać, po czym uprosiłam dzieci, żebyśmy stamtąd w końcu poszli. I jak to ja….

Zadzwoniłam do P. jeszcze raz, z pretensjami, że to strasznie boli, że on nie ma uczuć i że nie jest mu przykro. I co? Odwrócił historię, że mam urojenia, jestem nienormalna i że to JA zraniłam jego, a on taki krystaliczny i przejrzysty, i że teraz on będzie musiał to tygodniami trawić, i że jeśli powiem jego otoczeniu, że jest niegodzien zaufania to zrobię mu krzywdę (de faq?). Nawet przez chwilę wydawało mi się to prawdą, pomyślałam „och nie! to okropne jeśli go straciłam na bazie plotek i ‚złego przeczucia’” ale zaraz potem Do. mnie naprostowała dosyć konkretnie, żebym przestała jojczyć i się wzięła w garść, bo przerzucanie winy na mnie jest tylko kolejnym dowodem, że chłopak się boi. Czego konkretnie nie wiemy, może że mnie zdradzał i inna dupa przeczyta, ale kto go tam wie. Oraz: tak jak nigdy go blog nie interesował, to tym razem dostałam ochrzan też za to. Że piszę i na pewno wypisuje o nim okropne rzeczy i że jeśli jest identyfikowalny jako on, to jemu się to nie podoba!

Well. A mi się nie podoba wiele innych rzeczy, np. to, że nie leży na wycieraczce z kwiatami w zębach. Każdy czegoś pragnie, nieprawdaż.

Kurwa mać, cholera jasna psiakrew. O.

Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz…

Rzuciłam P. W skrócie: po zeszłym, romantycznym weekendzie, czyli spływie kajakowym Krutynią, wizycie na spektaklu „Klimakterium”w Mrągowie i konwencie fantastyki u jego kumpla projektującego stroje post-apokaliptyczne – zaczęłam się zbyt angażować emocjonalnie, wręcz blokować przed słowem na „K” a jemu wystarczało, że „jest miło”. „No dobra, miło i co dalej?” „No miło…” Więc spojrzałam dwa razy, powiedziałam „a-ha” spakowałam wszystko co mi się z nim kojarzyło w małą siatkę i oschle pożegnałam powołując się na klauzulę „wiesz, coś jest nie tak, ja to czuję, nie ufam Ci i nic z tego nie będzie”.

ALE

Koleżanka opowiedziała mi dużo ciekawszą historię na temat tego, jak mężczyźni z zimną krwią potrafią robić laski w konia i od razu mi się polepszył humor.

Otóż: Koleżanka koleżanki poznała faceta, rozwodnika, artystę i osobę zdystansowaną do świata pracy na etacie, byłego prezesa spółek. Uwielbiał sztukę wysoką, był niezwykle hojny i mimo braku pracy, nigdy mu na nic nie brakowało pieniędzy. Pewnego dnia, zadzwonił, że właśnie się wyprowadził na wieś, pokłócił ze wspólnikiem i rzucił dobra doczesne na rzecz obserwowania żurawii i przeganiania orłów znad stawu z rybami. Do ukochanej co jakiś czas dojeżdżał, przytulał i generalnie był idealnym partnerem dla osoby zajętej a potrzebującej związku. Miał fajnych przyjaciół i dobre układy z eks-żoną. Któregoś dnia, koleżanka stwierdziła, że w sumie nic o nim nie wie i ot, tak z głupia frant zagadała dziewczynę byłego wspólnika pytając, skąd on ma pieniądze i jak zarabia na życie (oficjalna wersja brzmiała, że z oszczędności).

Owa dziewczyna wystosowała niemalże list gończy, oskarżając faceta o podwójne życie, niezwykle nacechowane zagrożeniem, że całą ich trójkę mogła w pewnym momencie zgarnąć brygadę antynarkotykowa, albo inne stosowne służby i że ona się go bardzo, ale to bardzo boi, bo jest jednym z najniebezpieczniejszych ludzi jakich zna. W międzyczasie posypały się oskarżenia, że okradł przyjaciela, wszyscy się od niego odwrócili i że to „nie jest uczciwy człowiek i uczciwie nie zarabia. To było jak Breaking Bad”. Natychmiast po tym jak się wyprowadził zmienili zamki.

Lasce zapaliła się czerwona lampka. Zadzwoniła do eks-żony z pytaniem, czy on aby na pewno płaci alimenty (bo to było dla niej ważne), czy wie jak zarabia na życie i czy mu ufa. „Wiesz, chyba pytasz niewłaściwej osoby, żyłam z nim dwadzieścia lat i się z nim rozwiodłam.” „Nie pytam o sprawy damsko-męskie, bo to wiadomo, bywa różnie. Pytam, czy mu ufasz jako człowiekowi, czy jest godzien zaufania.” „Nie. Nie ufam mu zupełnie.”

W międzyczasie dziewczyna współlokatora przyznała, że na samym początku przyprowadzał do mieszkania nie tylko ją. Więc do zarzutów doszła jeszcze zdrada.

No i co się wydarzyło? Nasza bohaterka zabezpieczyła na wieczór dzieci, wysłała wszelkie potrzebne dowody i namiary przyjaciółkom, po czym zrobiła ośmiopunktową listę i zamiast spędzić upojny wieczór wyczytała ją winnemu. Najpierw się zdziwił, potem próbował zaprzeczać, ale ostateczny argument rozmowy z żoną i groźbą włączenia w sprawy ***interpolu*** zakończył temat. Wściekł się niemożebnie i jeszcze odjeżdżając coś krzyczał, że to nieprawda i oszczerstwa, ale lasce to już wisiało. Jak się komuś ufa i się go kocha, to raczej szuka się komfortu w zaprzeczeniu „o Boże, to nie może być prawda, on by taki nie był” – a ona była święcie przekonana, że niestety, ale jej śledztwo obnażyło prawdę.

Także wiecie. Nie jest jeszcze tak źle. Jak widać, inni mają gorzej. A za P. tęsknię, ale ja chcę domu z ogródkiem, a on, mimo że milusi i traktował mnie naprawdę dobrze, to jednak niekoniecznie patrzył na mnie jak na stałą, wieloletnią partnerkę godną miłości.

Dziś jadę do Krakowa na pokaz po-premierowy filmu dokumentalnego Li_Po.

And just when I’m about to faint, I eat a cube of cheese…

P. obecny duchem, w nocy miałam koszmary, nagle podświadomość tworzy realistyczne obrazy. Jestem w kinie, jeden z byłych siedzi dwa rzędy za mną i trochę z boku, w pewnym momencie zauważa drugiego. Po seansie podchodzi, oferuje ramię, instynktownie chowa mnie pod swoją ręką wtulając mi twarz w swój tors (tak jakby bokiem, niby paszka, a jednak nie, pachnie obłędnie), całuje w czubek głowy i pewnie wyprowadza mnie z sali cały czas  wyzywająco triumfalnie patrząc drugiemu w oczy. Uśmiecha się, jeszcze raz mnie przytula i całuje, wsiada bocznymi drzwiami do białej Nyski w której siedzi dziewczę, któremu na głos krzyczę „jesteś złym człowiekiem”. Odjeżdżąją. A potem idę do innego kina, na Smerfy w polskiej wersji językowej.

Hm….. Kochany pamiętniczku, czy było już o tym, że P. zaprosił mnie na Warmię? Czy wiecie, że przez te 15 lat w końcu można kupić bilety na PKSy przez internet? Nie chce mi się brać samochodu, poza tym jestem ciekawa jak nam się będzie wspólnie spływać. Czy bardziej w klimatach „spływaj” czy „ach, kochanie, bo mnie tu komar ugryzł, pocałuj!”.

Czy wiecie, że żeby dziecku powyżej 5 roku życia wyrobić nowy dowód osobisty, to ono musi być na miejscu? Ja już wiem. Po 40 minutach czekania w kolejce. Jutro spróbuję ponownie. Albo w piątek. Już sama nie wiem. Nienawidzę urzędów.

Poza tym co? Byłam dzisiaj znów na aerobiku na siłowni – było zastępstwo, ale całkiem niezłe, też bym chciała mieć takie mięśnie i koszulkę z Runmeggedonu. Może za kilka lat? Na razie wystarczy mi płaski brzuch, serio serio. Już rozumiem wszystkich ludzi ćwiczących crossfit, jednak jak się tak człowiek spoci to od razu buduje się więź.

Dobranoc.

Nahrej si svoju matkou*

Rys sytuacyjny: góra wyprasowanego prania na łóżku, podłoga umyta, dzieciaki dostały nowe sprzęty od mojego taty (młody hulajnogę, młoda rolki). Powinnam w nocy pracować, ale nie mam siły. Odkładałam to cały weekend i już teraz wiem, że nie dam rady się skupić.

Pokłóciłam się z mamą o „widać po nich, że cały czas śpią gdzie indziej” i passive-aggressive wywoływanie winy. Oczywiście jestem ta najgorsza i niewdzięczna, bo miałam czelność po raz kolejny zwrócić jej uwagę.

Spotkałam się dzisiaj z Leną, obgadałyśmy byłych na lewo i prawo, wyłączyła się niektórych internetów i dosyć chętnie przyjęła najnowsze plotki o Żet. Fajnie było zobaczyć silną, pewną siebie kobietę. Niestety ona schudła, ja przytyłam. Obie zasuwamy na siłowni, ale co oczywiste, mamy inne cele. Właśnie, było już o tym? Mam profesjonalny stanik, legginsy i siłownię 4 piętra nad swoim biurem, za którą nie muszę płacić. Trener jest cudowny, po pierwszych zajęciach miałam zakwasy przez 5 dni.

Poza tym co? Lecimy do Paryża. Na początku września zabieram młode do stolicy mody, niestety nie znam tam żadnej modelki, na Krysi spotkanie z żywą zrobiłoby pewnie ogromne wrażenie, ale może chociaż jest tam jakieś muzeum projektowania? Na pewno zaliczymy Disneyland, może Luwr, wieżę Eifla, Notre Dame i nie wiem co jeszcze. Na razie bilety w obie strony kosztowały nas 350pln, apartament w SAMYM CENTRUM zdecydowanie więcej (350 za noc), Disneyland pociągnie nas okolo 168pln za osobę, ale i tak będzie taniej niż z jakimkolwiek biurem podróży, a będziemy samodzielni. Jeszcze rozgryzam komunikację miejską, ale metrem powinniśmy móc dojechać wszędzie.

Oraz wyjaśniło się, że ojciec dzwoni do X’a, bo ma wpisane PIĘĆ moich numerów telefonów, z których prawidłowe okazały się tylko dwa. Chociaż w czysto psychopatyczny sposób: mieć dwa SMS’y od X a nie mieć… Lepiej jak jest więcej!

Połowę spotkania z Leną przegadałyśmy o Żet, a drugą o P. :-) No i tak to. Cudownie było ją zobaczyć.

Aaaa! Wyjazd integracyjny z pracy był bardzo fajny, oczywiście po raz kolejny nie zadziałał mój instynkt samozachowawczy i ODEZWAŁAM się w dyskusji o pensjach, co zaowocowało atakiem ze strony dyrektorki, zwrotnie chciałam jej odgryźć głowę, ale wiedziałam, że za chwilę mam prezentację i powalę ją faktami. Jak postanowiłam, takoż uczyniłam.

Oraz dieta, koniec z hurtem czas na detal, a siłowania boska. Kocham, wielbię, ubóstwiam!

A! A wczoraj byłam na wycieczce rowerowej z dziećmi, metro-centrum-pomnik Syrenki nad Wisłą – most Świętokrzyski – plaża miejska (piknik) – powrót przez most – piknik pod mostem średnicowym – metro/metro-dom. W międzyczasie z 7 razy naciągałam łańcuchy, zaklejałam plasterkami ranki i całowałam podrapane kolana. Oraz głosowo ściągałam młodego ze ścianki wspinaczkowej („Nie skacz, bo mnie zabijesz! Musisz zejść, jak po drabinie, ja Ci pomogę”). Zapobiegłam dzieciobójstwu, uspokajając się samodzielnie, aż osiągnęłam stan zen.

*Samotari

O tym, jak nie poszłam na „Idiotę” Dostojewskiego

Noc z piątku na sobotę sponsorował tępy kretyn bez homeopatycznych ilości pokory. A co krwi napsuł Jagodzie, to zupełnie inna bajka. W skrócie: ona i Żet spotkali się na weselu przy jednym stole, oboje udając, że się nie znają (bo przyszedł z panienką).

Przez pierwsze pół wieczoru siedziałam i się śmiałam, głównie z faktu, że gnida nadal żyje i raczej kiepsko. Przyszedł z dużo młodszą blondynką (wyglądał jak jej wujek), która nie umie tańczyć tanga. Nad ranem niestety dowiedziałam się, że Żet nie ma pokory i refleksji, a w rozmowie na mój temat uważa się za niewinnego i w pełni uprawnionego do sposobu w jaki mnie potraktował. Wow… Zamrugałam trzy razy i zadzwoniłam do P. od teatru, z którym mam normalne, zdrowe stosunki, opowiedziałam wszystko a on spokojnie wysłuchał.

Biedna Jagoda, że też musiała oddychać tym samym powietrzem z tym synem kurtyzany. A jeszcze, pewnie w zemście po rozmowie z nią o przyzwoitości, odpowiedzialności wobec kobiet – oznaczył sięo 5 nad ranem na pewnym portalu jako „W związku”. Oh honey, uznam, że to jest ważne dopiero jak zobaczę to na Facebooku :D No debil. Wnioski? Już mi przeszło. Jagoda się bardziej przejęła niż ja. Oraz mam shaden freude, że jednak się roztył i wygląda beznadziejnie.

A P.? Przyjechał, ukochał, wycałował i wysłuchał. Przy nim czuję się piękna i ważna. Poszliśmy ze znajomymi do lasu Kabackiego, potem byłą fantastyczna kolacja u mnie (Podano: Domowy kompot (ja), chili con carne [ja], pieczonego pstrąga [P.], flan (kupny) i wybór przekąsek hiszpańskich. Dzisiaj wylądowaliśmy na Szakszuce a poźniej na kocyku w parku. Potem jeszcze podjechaliśmy do willi na Wilanowie „O! To Ty! Ty jesteś małą Basią!” „No… cześć…” [...] „Bo wiesz, jak P. się puści to ja tu jestem, ja przygarnę!”. Strasznie fajna osoba, a w dodatku zna się na włosach. Rumiana, brodata i niestety w trakcie rozwodu (w sumie nie rozumiem, bo buddysta i piękny uśmiech, no ale może małżonka chce czegoś więcej, np. odpowiedzialnego, statecznego zdobywcy mamutów).

Potem przyjechaliśmy do mnie, bo skoro mama na Słowacji, to tata zaprosił mnie do teatru. Niestety, nie dane mi było obejrzenie spektaklu, bo go odwołali. Więc przyjechałam do domu, pomalowałam paznokcie, zarezerwowałam bilety lotnicze na transfery wakacyjne Słowacja-Polska i zaraz lecę się znów spotkać z P. idziemy do D. z Maroka na piwo. Juppi!

Maroko

Niżej będzie rozpiska, ale najpierw scenki, które utkwiły mi w głowie.

1) Poranek w Rabacie, D. wstaje wcześniej i idziemy na spacer. Czuję się jakbym miała osobistego ochroniarza, wszyscy patrzą na nią z rezerwą i szacunkiem, bo jest postawna i ma mnóstwo tatuaży. Równie dobrze mógłby obok mnie iść Pudzianowski albo Stallone.

2) Szykujemy się na wizytę w domu Ameda. Najwyraźniej u panów oznacza to rozpuszczone włosy, u pań perfumy. Na pierwszy obiad przynosimy ciastka, na drugi owoce. Wszyscy jesteśmy pełni wdzięczności za wpuszczenie nas w prywatną przestrzeń rodziny. Mama nie nawiązuje z nami kontaktu wzrokowego, ale daje obecność. Podwórko nie ma dachu, pomieszczenia nie mają drzwi. Jesteśmy w środku mediny w Fezie. Kawa postawiłaby na nogi umarłego, herbata gunpowder z miętą niemalże krystalizuje cukier. Telewizor się psuje i przychodzi młody Bóg go naprawić.

3) Nielegalny przewodnik opowiada nam o historii hippisów w Tangerze. Pobiera niewąską opłatę za opowieści o gwiazdach rocka. Najpierw wskazał nam złą drogę, a potem niby od niechcenia opowiadał. Dał nam klimat i znał się na swoim fachu, więc bez żalu mu płacimy. Najwyraźniej cedr rzeźbi się po namoczeniu a konserwuje paląc kości wielbłąda (strasznie śmierdzą).

4) Deszcz, ciemno, zimno, smród, brud i ubóstwo. Masakra, medina w Tetuan, ale kobieta idąca do piekarni ze świątecznymi ciasteczkami chętnie pozuje mi do zdjęcia. Uśmiecha się i jest taka otwarta, że gdybym mogła to zapytałabym o przepis.

5) Też Tetuan. Pytam grających w karty mężczyzn około siedemdziesiątki czy mogę im zrobić zdjęcie. Grają na kapsle, ale i tak odmawiają. Amed mówi, że to przez święto. Powinni się modlić a nie grać. Ten, kto przegrywa stawia innym kolejkę, dlatego kłótnie są częste i zażarte, odgrywanie się może trwać do nocy.

6) Wycieczka do wodospadów. Uśmiechy kobiet ubranych w hidżaby, wspinających się na górę w pełnym rynsztunku. Dużo facetów w szortach. Zieleń, dużo zieleni, jakaś małpa na drzewie, małe punkty gastronomiczne z tażinami. P. z Krakowa ubrany jakby urwał się z operacji pustynna burza ma plecak z bukłakiem z wodą, ratuje mnie w potrzebie, mimo, że woda z potoku też jest ok. Boję się, że nie dorównam facetom, jako jedyna z kobiet poszłam z nimi – skoro i tak zmokłam dzień wcześniej, to stwierdziłam, że i tak i tak będę chora, więc równie dobrze mogę zobaczyć góry Rif.

7) Poranki z D. – wstaje wcześnie, idzie biegać, potem idziemy na herbatę. Czasem milczymy, czasem gadamy. Zazdroszczę jej wegaństwa i biegania. Podziwiam jej siłę i podejście do pieniędzy (pierwszego dnia policzyła ile mamy, wyznaczyła dzienny limit i się go trzymała).

8) Koleżanka opowiadała, że jest go dużo haszyszu w Maroku. Nie wiem czego dokładnie spróbowałam u szamana w Szefszuan, ale nasza wizyta dzięki M. trwała godzinę, składała się ze śpiewów, opowieści, zakupów, gratisów i przymierzania lokalnych szat. Wpadam w oko sprzedawcy-uzdrowicielowi: „You look very nice, not too fat, not too skinny, perfect!” „You look very fresh, very clean!” „I give you present, you stay in my heart forever, I open you! I respect you,I want you to be happy!” Wypiliśmy razem herbatę, śmialiśmy się jak zwariowani. Mamy jego adres, plan jest taki, żeby wysłać mu zdjęcia. P. z Krakowa uśmiecha się do mnie i ma mnóstwo zdjęć jak przebieram się za Berberkę. Gdyby nie M., nigdy bym nie zaufała nachalnemu sprzedawcy, a tak – przeżyłam coś fajnego i poznałam lokalną aptekę. Kupiłam aktualnemu bluzę w obłędnych zieleniach a w gratisie dostałam ichnie ubranie z haftem, będzie idealne na Nordcon :-)

9) Hammam. W Fez Amed załatwił nam wizytę w lokalnej łaźni. Trzy wykafelkowane pomieszczenia jak sauna. Grube, starsze panie nalewają nam wody do wiader. Zaczynamy się myć. Przychodzą nas ‚wymasować’ specjalną, szorstką myjką. Umieram z bólu, ale nie chcę robić im przykrości, więc zaciskam zęby i spokojnie znoszę piling. Mycie włosów i rozczesywanie prawie mnie oskalpowało :-) Wspaniałe doświadczenie. Po pierwsze: prawdziwe kształty kobiet, po drugie: poczucie wspólnoty, po trzecie: w relaks i poczucie akceptacji.

10) Przemyślenia o przebaczeniu, winie i przeszłości. Żet zniknął z myśli (niech gnije w piekle), X. śnił mi się od dwóch tygodni w różnych kontekstach, dziś okazało się czemu (mój ojciec do niego zadzwonił omyłkowo {wtf, karmo???}, więc napisał SMS, że akurat wraca ze stolicy). Po powrocie do domu ogarnęła mnie bezpieczna wściekłość (przypomniało mi się jak zarządzał moimi emocjami i swoim kalendarzem) i od razu napisałam P. od teatru, że jest super i że cieszę się z naszej znajomości. Przy nim przynajmniej nie mam schiz.

11)Odwaga M. żeby umówić się na randkę z Tindera w Fezie. Próbuję okiełznać swoją mamusiowatość, nie czytać newsów o zgwałconej Polce w Egipcie. „Czekaj, to dam Ci swoją prezerwatywę niezależności z portfela. (…) O kurdę! Nie mam. Sorki.”Uspokajam się dopiero, kiedy dowiaduję się, że nasz przewodnik go zna i wiemy co robi tatuś. Zresztą facet przyszedł na spotkanie z kumplem-przyzwoitką ;-)

12) Złapali nas tajniacy w Fezie, więc była sytuacja jak ze Szwejka. Szafa prawie zszedł ze stresu, bo za nielegalne oprowadzanie można iść siedzieć.
-Kim jesteś?
-Jestem Amed, a kim Ty jesteś?
-Jestem tajną policją tursytyczną, nie można oprowadzać bez zezwolenia.
-Ale to moi przyjaciele, tylko spacerujemy.
-Musisz mieć pozwolenie.
-Naprawdę? Nie wiedziałem…
Następnego dnia D. i Amed próbują załatwić papiery, jeżdżą z kopiami naszych paszportów, ale nikt nie chce wydać oficjalnego zezwolenia ‚No, dla dwóch osób to może, ale nie dla pięciu…” Od tego momentu rozdzielamy się w medinie, ustalając punkty zbiorcze.

13) Złapano nas też na terenie bazy wojskowej w Tetuanie, ale tak naprawdę była opuszczonym pałacem kalifa czy kogoś. Na szczęście sprawę załatwiliśmy pokojowo.

14) D. która jest malownicza w wyglądzie nikt nie przeszukał na lotnisku w Stanstead. Ja musiałam przepakować kosmetyki i przejść skan całego ciała. „Please, I’m in a hurry.” „Your Star Wars hurry is not more important than airport security. Please stand in the line and wait for your turn.” (tak, miałam na sobie taką koszulkę).

Trasa wyglądała tak: Rabat (1 noc)- Tanger (2 noce) – Tetuan (przystanek) – Szefszuan 2 dni – (1 dnia wycieczka do wodospadu) – Fez 3 dni (1 dzień Meknes i Volubilis).

Kompozycja ludzka super. Wyjazd wspaniały. Cieszę się, że pojechałam.

Wróciłam, ale marokańska notka pewnie jeszcze poczeka

Spałam kilka godzin, bo Mikołaj działa na czasie moskiewskim i wstaje o 5:30, przyczołgałam się z pracy i męczy mnie kącik oka (bo umalowałam się nowymi kosmetykami i podrażniłam), odebrałam dzieci (rowerowy maj, więc hulajnoga, ochraniacze i wrotki), wyczarowałam kolację z niczego (2 ziemniaki, cukinia + jajecznica), przeprowadziłam procedurę antywszową (Paranit podstawą bytu każdej samotnej matki), naprawiłam jakiemuś chłopcu rower (młody mnie przywołał na ratunek), wsadziłam młodego do wanny w ubraniach (tzn. bez koszulki, dziwnym trafem zgubił na podwórku, ale miał pancerz z piasku) i wstawiłam pranie (bo groźba pasożytów).

Więc wicie, rozumicie. 

Soon, but not now.